rozkminiać czy nie?

Po ostatnim towarzyszeniu KO do Białegostoku, jak również po obejrzeniu poleconego mi właśnie przezeń fajnego materiału o walce tarczą i mieczem Wikingów, w którym pojawił się element fühlen, ponownie mi przyszło do głowy pytanie, czy rzeczywiście trzeba  aż tyle czasu poświęcać na trening czucia przeciwnika w kontakcie. Od razu powiem, że wg mnie mimo wszystko (bo to i fajny i potrzebny element treningu jest) jednak nie, i że takie bardzo przelotne, intuicyjne  podejście, jak w chuojiao,  bardziej mi odpowiada niż to drugie, „rozkminiające”, gdzie pchające dłonie i pokrewne ćwiczenia bardzo dużo miejsca zajmują. Niewykluczone, że dlatego, iż kiepski w tym jestem. :p

To już staruteńki klip z mini obozu w Gaju w 2009 roku, ale -mimo swych niedoskonałości- ilustruje z grubsza ideę chuojiao w tej kwestii, czyli jak złapiesz kontakt rękoma, możesz spróbować zaburzyć mu równowagę i od razu czymś uderzyć, a jak nie wyjdzie, to i tak go uderz 😉 Rozumiem, że w taiji, yiquan, i-liq-chuan i w innych stylach, gdzie tuishou, czy inne lepkie ręce na piedestale stoją, takie krótkie zrywane ćwiczenia też są, tyle że u nas, poza jeszcze wuhuapao, które może trochę przypominać podwójne stacjonarne pchające dłonie, to w zasadzie wszystko.. Ja przynajmniej o niczym więcej nie słyszałem. Może dlatego, że nawet maestria w tej dziedzinie, w warunkach totalnej rozpierduchy, nie da tyle korzyści bojowych, czyli przewagi, by zrównoważyć ilość poświęconego czasu treningowego na te wszystkie wektory, wpuszczania, odpierania, rozluźnienia i miejscowe spięcia? To takie moje gdybanie tylko, rzecz jasna. Każdy ma swoje metody, a w chuojiao jest akurat tak, jak napisałem. Przynajmniej dopóty, dopóki Hong Zhitian nie przyjedzie i nie ogłosi, że to baza jest. 😉 Asekuruję się na wypadek, gdyby ktoś, po przeczytaniu monumentalnego wpisu o KO w Białymstoku przeczytał ten i doszedł do wniosku, że celowo wzniosłem wieżę, by za chwilę zrąbać ją u podstaw i sycić oko jej upadkiem. Nie, ja generalnie lubię taiji i KO to wie, tak jak zna też moją pseudo-naukową teorię, że być może pierwotnie taiji (Yang i odnogi) to taka nakładka dla ludzi, którzy już byli dobrzy w biciu się, a odczuwali potrzebę -czy ja wiem- rafinacji umiejętności.. Ostatecznie ponoć Yang Luchan zanim trafił do Chenjiagou miał już jakieś doświadczenie w Hongquan (nic wspólnego z Hunggarem). Rzecz chyba nie do rozstrzygnięcia teraz. 🙂

Robert

Tak na marginesie, KO pewnie ma w swoich osławionych pamiętnikach spisane i inne moje, mniej lub bardziej głupie, teorie o taiji, i z pozostałych dziedzin, więc może lepiej, jeśli sam je stopniowo ujawniać zacznę. :p

To jak? Może -tak dla jaj- przetestujemy gaoji funkcję ankiety? 🙂

Umieszczenie tego na oficjalnej stronie chuojiaofanzi powinno dać oczywisty wynik, ale cholera wie.. 🙂

Na koniec anegdota:

Pisząc o tym wszystkim przypomniał mi się Michał Choczaj – instruktor jeździectwa i łucznictwa konnego, który kiedyś mi zdradził sekret radzenia sobie z obchodzeniem konia od tyłu, gdy miejsca brak. No bo wiadomo, koń silny jest i ma duży zasięg rażenia. Wszyscy, co prawda, słyszeli, że z tyłu obchodzić się go nie powinno, a jeśli już, bezpieczną odległością będą jakieś 2 -3 metry, ale często nie ma takiej możliwości, podobnie jak nie zawsze przejście pod szyją wchodzi w grę. Wg Michała dobrym sposobem w takiej sytuacji jest położenie rąk na zadzie konia, którego mamy zamiar obejść, i niemalże przytulenie się do niego, a następnie przejście na drugą stronę bez utraty tego kontaktu. Daje to możliwość szybkiego wyczucia samej intencji zwierzęcia i -w razie czego- podjęcie skutecznej ucieczki przez zejście na odpowiednią stronę. 🙂 Wydaje się to ryzykowne, ale w sumie przechodzenie za końskim zadem w odległości dajmy na to metra (w małych stajniach z otwartymi boksami po obu stronach tak to wygląda) jest chyba najgorszym rozwiązaniem, bo to bardzo słaba pozycja do ucieczki. Jak już kop leci (a leci szybko) to ma już wtedy duży impet i ciężko robić unik, zwłaszcza, że z drugiej strony też trzeba uważać. Jest się wtedy na łasce i niełasce, a tak.. mamy większe szanse, bo w tym bliskim kontakcie rozpoznajemy zagrożenie w zarodku. Czujemy („słyszymy” by użyć terminologii taiji) jego siłę. Próbowałem ze dwa razy na konikach polskich, ale uczciwie powiedziawszy dość dobrze mnie znały no i są ciut mniejsze niż tzw duże konie, choć często zadziorniejsze.. Przede wszystkim jednak nie starały się mnie kopnąć, więc próba nieważna. Na większe i mniej zakumplone zabrakło mi odwagi.. Dobra, na Nygusa, mimo iż to konik polski, również mi jej brakło, bo on akurat lubił kopać i, skubany, swoje imię otrzymał zasłużenie. Mam też wrażenie, że jego strzał byłby szybszy niż moja „neutralizacja” nawet przy wyśrubowanym tingjinie. 😉

PIC00883.JPG

Nygus..

Czyż nie jest to świetna metoda sprawdzania reakcji na „działanie przeciwnika” w zwarciu? Nic tylko dobrać parę bardziej nerwowych koni i proszę bardzo – łapki na zadek.. dyplom jest po drugiej stronie stajni. Dla zdających na egzamin „mistrzowski” naturalnie tylko ogiery. 😉 Po zdanym egzaminie, stopień, zamiast naszywać na spodnie, fajniej byłoby wytatuować na ramieniu. Belkę, albo od razu – bardziej fancy -podobiznę jednego z 6 bojowych koni Li Shimina (założyciela dynastii Tang), który -dosiadając ich kolejno podczas 6 kampanii- podbił imperium Suiów. 

Shifachi

Oficjalnie nie przejdzie, rzecz jasna, bo BHP i w ogóle, ale elita mogłaby raz do roku robić coś takiego potajemnie w górach. Hucuły w sam raz się do tego nadają, a i sama formuła jest bardziej humanitarna niż to całe jeździectwo. Jakby co, jestem w stanie zaprojektować w szczegółach odpowiedni ryt. 😉

Ngondeg

P.S.

Opowieści jianghu z kategorii jeździeckiej a zahaczającej o naszą praktykę kung-fu mam jeszcze trochę. Kiedyś napiszę o tym, jak usiłowałem po-adasiowe stłuczenie piszczeli leczyć maścią na na opuchliznę dla koni. 🙂

Reklamy
    • KO
    • Grudzień 27th, 2013

    Poadasiowe stłuczenia goją się bardzo słabo. Kiedyś ze trzy tygodnie kulałem. A jak mi skubany wykopał paznokieć to już 1.5 roku jak nie może odrosnąć.

    • Może powinniśmy mu nadać jakąś ksywkę ichtiologiczną.. ponoć rany po ukąszeniu ryb się babrzą. 😉

    • KO
    • Grudzień 27th, 2013

    Głosowałem za pierwszą opcją co pewnie dziwne się wydaje bo przeca to taijiowe podejście tyle lat już ćwiczę. Ale to kwestia podejścia. Te przepychanki to ćwiczenia coś na kształt tego naszego ptasiego chodzenia Chodzenia bez kontaktu a mimo wszystko ze zdobywaniem przewagi. Jak to Marek mówi (mam nadzieje że nie jest to moja nadinterpretacja) są ćwiczenia gdzie od uderzenia ważniejsza jest świadomość że można uderzyć, że tam gdzieś jest dziura w obronie i ten piąty zmysł mówiący o tym co zaraz się wydarzy, Centering (tak się oficjalnie nazywa to co staram się robić) do tego służy, pod warunkiem że dwie strony to robią. Bo co się stanie jak w ptasich krokach ktoś nagle zmieni prędkość i przy… uderzy. Najprawdopodobniej trafi bo złamie konwencje. Ale do brzegu bo to nie o taiji miało być.

    Jestem za ćwiczeniem tego tak jak w CJF bo po pierwsze taka jest istota CJF czyli np to wejście w atakującego przeciwnika (jeśli masz dobrą postawę to robisz swoje bez względu na to co robi przeciwnik – to jakoś po chińsku jest). Po drugiem mam już jakąś niewielką podbudowę tego ting i mogę obie te umiejętności zacząć łączyć a LUBIĘ TO.

    Trochę brakuje mi tylko tego że ilekroć ćwiczyliśmy takie rzeczy to ta druga osoba była jako ten manekin,

    • „robisz swoje bez względu na to co robi przeciwnik – to jakoś po chińsku jest)”

      Prawdopodobnie chodzi o tzw. „BU GUAN” 🙂

    • „Trochę brakuje mi tylko tego że ilekroć ćwiczyliśmy takie rzeczy to ta druga osoba była jako ten manekin”

      Słusznie. Mam pomysł, jak to troszkę ożywić, ale tylko troszkę.

        • KO
        • Grudzień 27th, 2013

        Coś na kształt młynka… uwielbiałem to choć mam wrażenie że jest w tej idei jakaś luka.

    • rodor
    • Grudzień 27th, 2013

    Ja nie mogę zagłosować, bo brakuje mi punktu pomiędzy CJF a taiji 😛

      • KO
      • Grudzień 27th, 2013

      Głosuj tak jak ja… zaufaj mocy młody padawanie….

    • A mowa ich będzie TAK, ale tylko trochę, TAK i to dużo, NIE, w ogóle, NIE wiem, a wszystko co więcej będzie, ode złego będzie.. Rodor. 😉

        • rodor
        • Grudzień 27th, 2013

        Mowa niech będzie tak – tak, nie – nie, a tu chodzi o trening, nie gadanie :P. Pozostaje mi opcja „Ich weiss nicht”, co zaznaczam – i w sumie jest najbliższa prawdy tego co mi się w sercu dzieje w tej materii ;).

  1. KO :

    Coś na kształt młynka… uwielbiałem to choć mam wrażenie że jest w tej idei jakaś luka.

    Młynek to drugi krok, bo robisz to samo z różnymi partnerami raz po raz, bez zastanowienia 😀 Myślałem o pierwszej fazie. Wszystko jest kul, ale dochodzi do treningu zmiany decyzji (bianhua) i wtedy wychodzi szydło z worka. 😉

  2. rodor :

    Mowa niech będzie tak – tak, nie – nie, a tu chodzi o trening, nie gadanie :P. Pozostaje mi opcja “Ich weiss nicht”, co zaznaczam – i w sumie jest najbliższa prawdy tego co mi się w sercu dzieje w tej materii ;).

    Głosowanie, to mowa. Kręcisz jak jezuita. :p Ale dziękuję za oddanie głosu. Teraz wiem, żeś Germanofil przynajmniej 😉

      • rodor
      • Grudzień 27th, 2013

      Jeżeli kręcę to nie jak jezuita, ale jak przeciętny chiński biznesmen ;P – ale: nie kręcę 🙂 tylko cytuję z Mt 5:33-37. Nie dałeś opcji dla mnie, czyli więcej tego typu ćwiczeń niż CJF, a zdecydowanie mniej niż w taiji (zresztą tam stało się to celem samym w sobie i to mi przeszkadza 🙂 ) . Zatem w opcję niemiecką zostałem wepchnięty przez autora ankiety, chcąc głosować 😛

    • KrzysT
    • Grudzień 27th, 2013

    Zapomniałeś, zgodnie z najlepszą tradycją lat 90 dodać ostatni punkt ankiety, brzmiący obowiązkowo „Masaj” 😦

    Ja, jako germanofil dodam oczywiście, że ich weiß nicht. Bo z jednej ztrony zawsze lubiłem ćwiczyć tui shou, a z drugiej zawsze mnie frustrowało, podobnie jak przekładanie tego na san shou. Pewnie za kiepski byłem w podobnych zabawach zawsze.

    • Ja pod koniec lat 90 zobaczyłem po raz pierwszy na oczy internet, a co dopiero jakieś ankiety na nim.. 🙂

        • KrzysT
        • Grudzień 27th, 2013

        Przecież to nie internet – chodziło mi o te wszystkie Polsaty 🙂

      • A.. ale i tak nie pamiętam.. 🙂

      • KrzysT
      • Grudzień 27th, 2013

      A, jeszcze dodam, że te wszystkie rzeczy wyniesione z przepychanek dużo ładniej pracowały mi w zabawach okołograpplerskich (klincz, czy to tajski, czy zapaśniczy i to traktowany jako zadaniówka), niż w uderzanych, czy nawet chwytano-uderzeniowych. Zwłaszcza z ludźmi, którzy mieli background bokserski, bo oni mieli wdrukowane, żeby nie szukać kontaktu, tylko luki na nie zakłócone niczym uderzenie.
      Ale z drugiej strony przydawały się do takiej ogólnej orientacji w zwarciu, choć na ile i czy tego nie dałoby się równie efektywnie wyćwiczyć inaczej – nie potrafię ocenić.

        • rodor
        • Grudzień 27th, 2013

        Dokładnie, mam podobne odczucia. A czy dałoby się to wyćwiczyć innymi metodami? Pewnie tak, w tajskim mają dobrą pracę klinczem z wytrącaniem równowagi, a nie ćwiczą taiji i „zakorzeniania” ;). Chociaż zaraz, zaraz: jakiś czas temu dowiedziałem się z komentarzy do filmów video z walk w meczu muay thai vs CTJQ, że w gruncie rzeczy cokolwiek się ćwiczy, to i tak ćwiczy się Chen 😛

  3. rodor :

    cytuję z Mt 5:33-37.

    Cytujesz z Muay Thai? 🙂 Wiem, że suchar, al nie mogłem sobie odmówić tej taniej rozrywki. 😉

      • rodor
      • Grudzień 27th, 2013

      Gdybym cytował z muay thai, to bym napisał „MT” 😛 😉

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: