Dzidza

Parę wpisów niżej, w komentarzach, Maciej opisał historyjkę z zakonnicą, potem KO na blogu swoim zrobił fajny wpis o tym, jak w klasztorze żeńskim ćwiczył, więc i ja -idąc tym tropem- coś napiszę, ale nie ograniczę się do tego jednego wątku zakonnego, a dorzucę też coś z innej parafii (sic!) po prostu po to, by te opowieści (znane wszystkim moim znajomym z treningu) szerszemu gronu znanymi się stały i nie uległy zapomnieniu. Albowiem mądrość w nich zaklęta jest! 🙂

Dzidza, to spolszczona wersja chińskiego imienia czytanego w dialekcie Wu mojej poprzedniej szefowej. OK, do rzeczy..

Opowieść pierwsza:

Ładnych parę lat temu jedziemy z Dzidzą samochodem (ona prowadzi) i w pewnym momencie widzimy księdza na ulicy. Dzidza mnie pyta, czy ci shenfu (księża) pozostają w celibacie. Ja na to, że owszem. Dzidza chwilę milczy, po czym nagle śmiejąc się pyta mnie: Andrzej, czy to możliwe, żeby facet bez kobiety wytrzymał? Kurde, jasne, że nie (może poza wyjątkami i po cholerę?) ale jak powiedział mądrze mój jeden dobry kolega: Potrzeba Chinki z Zhejiangu, która stojąc z boku i widząc wszystko we właściwym świetle powie Ci jak jest. Czy jakoś tak.. To nawet nie żaden koan, a strzał w głowę z pistoletu (na plastikowe kulki). 😉

wenzhou

Wenzhou

Opowieść druga:

To już beze mnie się działo, a Dzidza, znów kierując samochodem, mi opowiedziała historię swych początków na Stadionie (zanim stanął tam gaoji stadion narodowy). To dialog między tzw. ruskimi, pod którym to terminem mogą się kryć zarówno nasi sąsiedzi wschodni, Ormianie, jak i Polacy z Małkinii. Jest to określenie ogólne i bardzo nieprecyzyjne. Mniejsza z tym..

Któregoś dnia na stadionie Dzidza sprzedaje towar ze stoiska gdy podchodzą Ruscy..

Źli Ruscy: tyy kuuurwa Wietnam!

Dzidza: po pierwsze nie jestem Wietnamką, a Chinką; po drugie Wietnamczyk też człowiek; po trzecie TY SAM KURWA WIETNAM!

Szach i mat.. Shopenhauer przysiadłby dupą z wrażenia na mokrym chodniku.. Prawdziwe kung-fu.

No, a teraz -z tą nową wiedzą- możecie poczytać Tao Te King. 😉

Ngondeg

P.S.

Jako ciekawostkę dodam, że tata Dzidzy ćwiczył amatorsko 7* modliszkę szantuńską (miał nawet jakichś uczniów). Mieszkając w Wenzhou uważał jednak, że nanquanu ćwiczyć nie warto, bo sztywny zbytnio. Wolał północne kung-fu. 🙂

Reklamy
    • rodor
    • Luty 10th, 2014

    Whitehead kiedys stwierdził, że nie jest możliwe nie przywiązywanie się do mysli, czyli czyszczenie umysłu (tak jak np. w niektórych technikach medytacji buddyjskiej), bo……. on próbował i przez pół godziny mu się to nie udało :D.

    • Jak widać, nawet od tego osiwiał. Nie dziwię się mu. 😉

    • A tak poza tym, to oczyścić umysł w pół godziny jest trudno. Wytrzymać pół godziny bez baby – łatwo. 🙂

        • rodor
        • Luty 10th, 2014

        nie zrozumiał

  1. rodor :

    nie zrozumiał

    Spoko, często mi się zdarza. 🙂

      • rodor
      • Luty 10th, 2014

      Chyba niepotrzebnie oglądalem wczoraj „The Grandmaster” – teraz nadaję na wyższym poziomie swiadomosci 😛 😉

      • A, do koanu piłeś, czy do Shopenhauera? Fuk.. 😉

    • KO
    • Luty 10th, 2014

    Fajne… a pamiętaj że miałeś opisać jak się w chińskich firmach dokumenty archiwizuje.

    • Thx. A no tak.. Ale to już Ci prywatnie wyślę.

        • KO
        • Luty 11th, 2014

        czyżby archiwistki układały papiery topless??

      • Nie, na szczęście. To żylasty facet. 🙂

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: