Archive for the ‘ Inne ’ Category

Akolici syberyjskiej szamanki

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie?

[Adam Mickiewicz „Dziady”- cz. II]

Ano będzie jesień, a potem zima, zapowiedziane przez nieubłagannego emisariusza o imieniu Ciemność. Ów wysłannik tych dwóch pór roku zdążył nam już zaleźć za skórę, że wczoraj wieczorem Sifu Klajda dał znak, byśmy oddalili się w kierunku światła, czyli na dojo jesienno-zimowe nieopodal ogrodzenia Biblioteki Narodowej. Nie napotkało to sprzeciwu w grupie- może i światło duchowe jest cenne, ale mało praktyczne. 😈 Tutaj „dziady” (i jedna baba) będą odprawiać w mroku pogańskie rytuały aż do wiosny. W sumie wpisujemy się po trochu i w ludowe wizje wspomnianego wieszcza, i w jakieś animistyczne kulty, skoro uprawiamy kult Sowy, mamy w grupie rysia i kota, a niekiedy odwiedza nas para farbowanych lisów. 😁

[dojo jesienno-zimowe o zmroku]

Skąd tytuł wpisu? Otóż Sifu Klajda podczas niedawnego warsztatu pracy z ruchem (oporu 😉 w Gruzji miał okazję praktykować pod okiem i skrzydłami… syberyjskiej szamanki. 😮 (Dla mnie brzmi egzotycznie, choć bardziej prawdopodobne, że w najbliższej dekadzie szczytem egzotyki będzie dla mnie praktyka sztuki zniewalania klienta u Wietnamek z Bakalarskiej 😉). Marek zaordynował nam jedno z ćwiczeń wspomnianej szamanki- jedna osoba zamyka oczy i kieruje uwagę do środka, a druga prowadzi ją powoli, zmieniając kierunki. Gdy przewodnik się zatrzymuje, osoba prowadzona otwiera oczy i bada swe odczucia. Może tak rodziły się podwaliny tuishou, kto wie? Osobiście raczej nie odnajduję się w tego typu ćwiczeniach- po prostu takie uwalnianie umysłu i obserwacja wnętrza raczej mnie nuży i przytłacza, zatem wolę praktyki bardziej angażujące somę niż psyche. Może kiedyś dojrzeję do tego typu ćwiczeń.

A tyczasem: żegnaj do maja dorodna Mirabell- obyś w przyszłym roku nakarmiła nas równie hojnie jak w tym! Nim wrócą dni długie i ciepłe wieczory porzucamy Cię tymczasowo dla niewzruszonej, powalonej topoli.

[Powyższe spisane pazurem kulawego kota]

red. Adaś

spełniają nasze marzenia

W głębi nasza dawna ścieżka.. Bliżej, po prawej, ruiny „Hiltona”. Obok, tam gdzie płyty leżą, też nam się zdarzało ćwiczyć. Zwłaszcza zimą. Chyba mają zamiar poprowadzić tamtędy dojazd na budowę. Dotąd nierozpoczętą [ukradli nam sezon letni] i mało komu potrzebną, zaznaczmy. Na dodatek droga prowadzić będzie przez ostatni zakątek [Zakątek Mariusza] gdzie można było spokojnie poćwiczyć.

it was nice while it lasted..

Parę drzew i trochę trawy, a tyle wspomnień.

Ngondeg

Wylizywanie makutry i smarowanie bałwanka

Sifu Operacz, znany także jako Obalający Mistrzów, Mądra Panda czy Hodowca Yorków w sobotni, sierpniowy poranek niósł kaganek oświaty pomiędzy spragnionych zgłębiania tajników taijiquan.

Seminaria KO to zazwyczaj nie tylko porcja angażujących ćwiczeń, ale i rewia celnych spostrzeżeń, błyskotliwych analogii a niekiedy też zapadających w pamięć anegdot.

„Rysujcie koła tak, jakby miały zawisnąć na ścianach Muzeum Narodowego, w dziale sztuki abstrakcyjnej”- rzekł KO. No i kreśliliśmy dłońmi w powietrzu koła taiji. Duże i małe. A gdy kształt kół okazał się satysfakcjonujący, KO dodał: „Róbcie te ruchy tak, jakbyście wylizywali makutrę” (ale tak, jakbyście trzymali jajo na twardo w dłoni). A na koniec smarowaliśmy bałwanka (z uwagi na porę roku- kremem przeciwsłonecznym).

Moja obecność też okazała się trochę przydatna, albowiem dzięki mnie Sifu Operacz mógł zaprezentować śmiercionośne zastosowanie symbolu taiji (KO najpierw mnie zgładził jednym płynnym ruchem, a potem przywrócił ze stanu śpiączki do świata żywych, niczym akupunkturowe igły Stevena Seagala w pewnym filmie z dawnych lat). 😉

Godzina minęła jak… z bicza KO strzelił. A co najważniejsze, wszyscy uczestnicy- łącznie z prowadzącym- doświadczyli szczerego zadowolenia na poziomie co najmniej delta. Skłonił się tedy Sifu Operacz i rzekł zza siwej brody: „Pamiętajcie, że teraz Wasze koła są doskonalsze niż godzinę temu.” A ponieważ historia kołem (taiji) się toczy, pewnie jeszcze nie raz Sifu robienia kół nauczać będzie. 🙂

KO, więcej takich seminariów- naprawdę dobrze robią ludziom na głowę. Potem możesz ich nauczać zabijać z gracją. 😉

Adaś

Dojo Skra

Pamiętam do dziś ten wieczór zimą 2002/2003, gdy nasza grupa- wtedy mająca zupełnie inny skład osobowy niż dzisiaj- wylądowała na Skrze, pośród Trzech Równoważni. Nieprzenikniona ciemność, kąsające zimno i nieomal niezmącona cisza raczej nie nastroiły mnie pozytywnie do tego miejsca. Ale wtedy nie byłem jeszcze świadom wielu jego/jej zalet (a poza tym odrobina chłodu i tajemniczości przydaje się na początku znajomości 😉 Na Skrze, pośród Trzech Równoważni ćwiczyliśmy regularnie dwa razy w tygodniu, przez prawie dekadę. Dopiero wizyta shiye Hong Zhitiana w 2011 r. skłoniła nas do przeprowadzki na pobliskie Pole Mokotowskie.

Hong ZHitian i Cardio na Skrze w 2011

Ale poza regularnymi treningami wielu z nas przychodziło praktykować samodzielnie właśnie tutaj. Nie umiem do końca wyjaśnić dlaczego- każdy z nas pewnie wyraziłby to inaczej.

Z tym miejscem związane są rozliczne barwne i niezapomniane postaci oraz anegdoty. Tutaj olśniła nas ongiś uroda Boginki, tutaj Shifu Klajda stawił czoło Bestii i tutaj ciemność wydała na świat Człowieka z Plecakiem. 😉 Ci, którzy ćwiczą tu od lat 80-ch, mają do tego miejsca jeszcze więcej sentymentu niż ja i znacznie bogatsze wspomnienia. 🙂

Nie jesteśmy jedynymi, którzy czerpią energię z tego miejsca- mnóstwo ludzi uprawiających biegi, lekkoatletykę czy sztuki walki przychodzi tu w wolnym czasie, by skorzystać z bieżni, drabinek czy równoważni (widziano tu nawet łuczników, oszczepników, młociarzy i… toporkowców- jeszcze do jakiejś transmisji międzygatunkowej dojść może… ;).

autor petycji

Przez cały ten okres teren Skry był zawsze łatwo dostępny- przez bramę od ul. Wawelskiej, przez wjazd od strony Pola Mokotowskiego oraz od strony Centrum Medycyny Sportowej. Niestety, ostatnio się to zmieniło. Ponieważ władze Warszawy planują odbudowę i rewitalizację infrastruktury klubu, wczoraj komornik zabezpieczył teren a ochrona została zobowiązana do powiadamiania policji o wszelkich nieupoważnionych wejściach na teren Skry. 😦

To zła wiadomość dla wszystkich amatorsko ćwiczących na Skrze. Nie wiadomo, kiedy się rozpocznie budowa i czy w jej trakcie teren będzie dostępny. Dlatego zrodziła się idea petycji do władz miasta o jak najszybsze przywrócenie dostępności terenu. Nie chodzi oczywiście o teren dużego stadionu, który grozi zawaleniem (nawiasem mówiąc nigdy na jego terenie nie byłem), tylko o mały stadion do rugby, okalająca go bieżnię i poletko dla młociarzy oraz przylegające do niego skrawki.

Spróbujmy. Może ktoś w ratuszu spojrzy przychylnym okiem na naiwną treść petycji i się uśmiechnie, po czym nakaże zdjąć kłódki i rozewrzeć wrota: https://www.petycjeonline.com/signatures/udostpnienie_terenu_klubu_sportowego_skra_warszawa_sportowcom-amatorom/

Adaś

Strażnicy Nieśmiertelnej Mirabelki

Ludowa legenda głosi, że gdy stopnieją śniegi, a dzień poczyna się wydłużać, kaczki-mandarynki mają zwyczaj gromadzić się pod mirabelkowym drzewem, w dawnych sadach, na Polu Mokotowskim.

Gdy dzisiaj (wtorek) dotarłem do podniebnego dojo na Polu, ujrzałem niemały tłum kłębiący się wokół świętego drzewa kaczek-mandarynek.

Pierre Auguste Renoir „Siedmiu strażników (w tym- jeden poza kadrem)” (1867 r.)

Dopiero dzisiaj naprawdę poczułem wiosnę na Polu- nie tylko dlatego, że wreszcie nastały ciepło i słońce, ale przede wszystkim dlatego że mirabelka obrodziła białymi kwiatami, a zielone trawniki- licznymi grupkami ludzi.

Adaś

Byka zmutowany wirus bzyka

Kierując się niepisaną zasadą, że deadline na składanie życzeń noworocznych upływa w yuanxiaojie, składam je wszystkim dziś 🙂

Nie łudzę się, że bawół przyniesienie nam istotną poprawę losu, niemniej przyjemnie by było popatrzeć, jakby ratowaniem rzyci (swojej własnej dla odmiany) zmuszeni by się byli zająć ci, co nam ów los zgotowali. Ćwiczmy! Kung-fu, łucznictwo, cokolwiek. To pozwala zachować trzeźwość umysłu i hartuje ducha.

Peace ✌️

Ngondeg

Słowiańscy Wikingowie

W zawodzie Wikinga najbardziej sobie cenię gwałcenie. [Kjel Operaczson, VIII w.]

Tytuł wpisu bynajmniej nie sugeruje, że dorównujemy twardością ludziom północy, tylko dlatego że terminujemy w zimnie, wilgoci i ciemnościach. 😆Nasunął mi się na myśl jedynie z uwagi na to, że przed rozpoczęciem ostatniego treningu jarl Klajda dał rozkaz swej drużynie, by udać się na północ i zasiedlić terytorium dawnych domków fińskich. Autochtoni umknęli na wiele lat przed naszym przybyciem, pozostawiając jedynie butelki po magicznym napoju, więc nie obmyliśmy naszego oręża krwią pokonanych. 😉 Teoretycznie ta zmiana miała nam zapewnić trochę lepszą jakość podłoża i zmniejszyć ryzyko, że dzielni wojownicy połamią kulasy podczas doskonalenia umiejętności walki. W praktyce, cóż… przydałby się dosadny komentarz wyrażony w slangu Wikingów na temat śniegowo-błotnisto-liściastej brei poprzedzielanej wyspami chropowatego betonu, która rozpościerała się pod naszymi stopami. Ale bilans połamanych nóg był na szczęście zerowy. 🙂

Zabawy pięciu zwierząt, czyli szał walki

Ponoć społeczności nordyckie wierzyły, że człowiek może posiąść zwierzęcą- najczęściej wilczą lub niedźwiedzią- moc i stać się berserkiem, czyli nieznającym strachu i nieodczuwającym bólu wojownikiem. Dlatego berserkowie na czas bitwy okrywali się zwierzęcymi skórami i wpadali nieposkromiony szał. Uznawani byli za wybrańców Odyna i często pozostawali bezkarni, nawet jeśli dopuścili się przestępstw. Taaak… 😈 Może z tym szałem przesadziłem, ale kto wie jak nasza szamotanina wyglądała w ciemnościach, z perspektywy zagubionego spacerowicza. Zachowam w tajemnicy, z jakimi zwierzętami utożsamiają się członkowie drużyny jarla Klajdy. 😆

Dwa lisy

No i nie bylibyśmy plemieniem prawdziwych wojowników, nie mając swych totemicznych zwierząt. Gdy zaczęliśmy praktykować nieopodal Biblioteki Narodowej stała się nimi para… lisów, które regularnie nas odwiedzają w towarzystwie swej strażniczki. Tak naprawdę to dwa rude psiaki, które są wyprowadzane na Pole zazwyczaj w porze naszych treningów. Raczej przyjaźnie do nas nastawione.

Ponoć historyczni Wikingowie obawiali się magicznych zdolności Finów, dlatego ich ziemie uniknęły podboju. Nomen omen, my też w kolejny czwartek wycofaliśmy się ze zdobytego terytorium i powróciliśmy na południe, do przyprószonej świeżym śniegiem Samiralandii. Powitała nas ciepło i gościnnie jak zazwyczaj. 😉 Na pocieszenie dodam, że choć śnieg czyni podłoże zdradziecko śliskim, to jego połacie trochę rozjaśniają miejsce naszych treningów.

Na zdjęciu: wrota warowni strzegącej Bibliotekę Świętej Wiedzy Wikingów, w której przechowywane są tajemne zwoje quanpu chuojiaofanzi. 😆

Adaś

Pentagram mocy

(…) Pięciu ich było, a każdy z nich z innej ziemi poczęty i innym orężem władał. I widząc drzemiącą w nich moc zadrżało czterech jeźdźców Apokalipsy i konie swe śpiesznie zawrócili. Imiona ich zatarła historia, choć trzystuletni mędrcy z gór przechowali pamięć o tych, co Zło odstraszyli pradawnym rytuałem [apokryf (ok. 2021 A.D.) ]

Niewątpliwie nie był to najbardziej usystematyzowany i najefektywniejszy trening w historii warszawskiej wspólnoty chuojiaofanzi. Ale istotne, że udało nam się wskrzesić trochę zaniedbany zwyczaj noworocznych treningów pod chmurką. Trening treningiem, ale najważniejsze rzecz jasna było to, co działo się między ćwiczeniami. W końcu bez folkloru nie byłoby sztuki wysokiej. 😈 Niechaj obrazy przemówią, a chytry skryba dopisze legendę. 😆

odpędzanie Zła metodą tradycyjną

Apokalipsa była kobietą, czyli „Idziesz na kobiety, nie zapomniej bicza”

noworoczny werbunek do Bractwa Egzorcystów rozpoczęty

posiłek smakuje najlepiej na szczątkach wroga

Starszy Poskramiacz z sekty biczowników

Cóż, mam poczucie, że w nowym roku zapotrzebowanie na profesjonalne usługi poskramiania Zła zdecydowanie wzrośnie. Wielki Reset wymusza zmianę modelu gospodarczego, więc może powinniśmy wszyscy zmienić specjalizację a stowarzyszenie przekształcić w działalność gospodarczą? PKD (66.666- anihilacja Zła w ludzkiej postaci). Tanio, szybko i solidnie. Na brak zleceń nie powinniśmy narzekać. 😈

Adaś

„The death of Bruce Lee explained”. Czyli quanpu sezonu ogórkowego.

Na wstępie muszę uprzedzić bardziej wrażliwych czytelników, że poniższa „miejska legenda” pasuje bardziej do ostatnich stron magazynu ezoteryki lub taniego brukowca, niż do poważnego bloga o sztukach walki, ale… jest chyba adekwatna do panujących dziś warunków atmosferycznych (zawsze mogę się usprawiedliwić, że dzisiejsza duchota pomieszała piszącemu w głowie 😆).

Brat Ryszard z Londynu zaskoczył mnie dziś śmiałą teorią nt. śmierci Brusiaka (zasłyszaną od 300-letnich mędrców z gór ;). Otóż w trakcie kręcenia „Wejścia smoka”, w studio, w Hong-Kongu panowała duchota, jak nie przymierzając dziś na Polu Mokotowskim, tylko większa. Ponoć Brusiak, nie chcąc by jego pot wpłynął negatywnie na estetykę kręconych scen… usunął sobie gruczoły potowe spod pach (sic!). Tym samym jego organizm ponoć nie był w stanie dostatecznie szybko się schłodzić podczas kręconych scen walki. Krótko mówiąc-cytując brata Ryszarda- Brusiak „zagotował się od środka”.

Cóż… pomimo duchoty nie poszliśmy dziś z bratem Ryszardem drogą Małego Smoka. A przynajmniej nie całkiem. 😈

Adaś