Archive for the ‘ trening ’ Category

Nam jest dobry

Dowiedziałem się podsłuchując rozmowę Shihana Limesa z Ryśkiem na wczorajszym treningu : ) Przypadkiem miałem ze sobą packi, otulinę do rur i aparat fotograficzny, zatem kilka zdjęć:

A bit of fun, bit gay, but it’s ok ;] Żarty żartami, ale niech kosmata kulka owocostanu platana klonolistnego (posadzili ich trochę niedaleko) przypomina Wam jej hebejską kuzynkę. Nie powinniśmy odchodzić od oryginału zbyt daleko!

Peace!

Ngondeg

Uliczne wojny VI: Powrót Sifu

Shifu Klajda powrócił. Cicho i dyskretnie- jak na Shifu przystało. W kontraście do wrzawy często wypełniającej ostatnio miejskie ulice.

Ostatnie dwa tygodnie Marek spędził w Gorzowie, próbując reanimować rodzinny sklep i zgromadzony w nim towar zagrożony „podstępnym atakiem niewidzialnego wroga”. Na szczęście udało mu się wyprowadzić interes na prostą, zatem przez kolejne dwa tygodnie możemy cieszyć się treningami pod surowym okiem Shifu. ☺

Mam wrażenie, że we wtorkowy wieczór wszystko po trochu się zgrało- ludzie, miejsce i świat natury. Pomimo wilgoci nie narzekaliśmy na chłód, śliskie liście pod stopami umykały bojowym mandarynkom, a strażnik sekretnych neigongów łypał na nas z mrocznego nieba. Nie było wcześniej okazji, aby napisać, że aktualnie nasze podniebne dojo mieści się tuż przy ogrodzeniu Biblioteki Narodowej, dzięki czemu możemy oświetlać naszą praktykę szlachetnym światłem bibliotecznych jupiterów. 😊

作者

Marek przypomniał nam dwa trochę zapomniane ćwiczenia, a przy okazji rozwiał- jako naczelny rabin- kilka wątpliwości interpretacyjnych. 😆

Wszyscy- Shifu Klajda, brat Ryszard, Asia i niżej podpisany- po prostu cieszyliśmy się, że możemy wspólnie poćwiczyć, a uśmiech na obliczu Shifu gościł nawet częściej niż zwykle. Oby jak najczęściej. ☺

Adaś

Mistycy i Cudotwórcy Tybetu (1) – jak pies nie sika

Zarówno na Skrze, jak i na Polach ćwiczących ludzi jak mrówków, ale zdecydowanie to dwie odmienne strefy klimatyczne. Cieszcie oczy tym krótkim fotoreportażem ;]

SKRA

Pola

🙂

Ngondeg

Ptak korony brytyjskiej

Ostatnie anomalie mikrobiologiczne sprawiły, że na Polu Mokotowskim objawił się niespodziewanie Ryś. Według nieoficjalnych źródeł Rysiek wzgardził akcją „Lot do domu” i przepłynął Kanał La Manche wpław, a potem przeskoczył jumpingiem pół Europy, by móc kontynuować naukę chuojiaofanzi u Marka. 😉

Ptaki i rusałki

Poza zwyczajowym wigorem Rysiek przyniósł w zanadrzu na czwartkowy trening garść ciekawych opowieści:

Pierwsza pochodzi z cyklu „Z nocnego pamiętnika hotelarza”. Jeszcze w Londynie, strzegąc mężnie wrót hotelu, w którym pracuje, Ryś odparł nocny atak naćpanej Irlandki w klapkach, profesjonalnie obezwładniając ją na podłodze. „Kiedy chwyciła mnie za twarz, wyrwałem ją jak kwiatek.”- wyrzekł i zademonstrował. Kiedyś może Rysiek napisze podręcznik dla kolejnych pokoleń strażników hotelowych, jak radzić sobie z travelersami (to podobno wyjątkowo podstępny gatunek gości hotelowych, którzy wyszukują defekty w zamieszkiwanym pokoju, aby wyłgać się od zapłaty). 

Kolejna mrożąca krew w żyłach (dosłownie) opowieść dotyczy samochodowej butli z dwutlenkiem węgla, która wskutek nieszczelnego zaworu wybuchła w dłoni Ryśka. I tylko nabyty pod okiem Marka refleks i naturalna gibkość sprawiły, że incydent kosztował Ryśka tylko lekkie odmrożenie skrawka dłoni.

Rycerz Okrągłego Stołu (w pełnym rynsztunku)

Naprawdę się ucieszyłem, mogąc uścisnąć prawicę brata Ryszarda. Co ja gadam- przecież nie wolno. 😉

Adaś

„Dystans społeczny w sztukach walki. Poradnik praktyczny” – 2020 (wyd. Bakalarska & S-ka)

W jednej ze scen filmu „Savate”- nawiasem mówiąc, jednego z moich ulubionych filmów ze sztuko-walkowej rodziny- główny bohater (grany przez Oliviera Gruenera) pokazuje swemu uczniowi (zapalczywemu młodemu farmerowi, Ianowi Zieringowi) koncepcję dystansu w la savate:
– gdy przeciwnik jest blisko, używamy pięści,
– w średnim dystansie- kopiemy,
– gdy jest poza zasięgiem naszego ciała- sięgamy po broń palną.
Pomijam oczywiście to, że Gruener- o ile wiem- prezentuje na ekranie elegancki kick-boxing a nie la savate, ale ta scena (i inne również) ma tyle uroku, że chętnie do niej wracam. 🙂

A piszę to, ponieważ we wtorek, pomimo ciężkich chmur deszczowych- które zawisły złowieszczo nad Polem Mokotowskim- i zdradliwie śliskiej trawy odbył się pierwszy post-pandemiczny trening naszego stowarzyszenia. Trening pod znakiem narzuconego odgórnie „dystansu społecznego”. Nie było zatem męskich uścisków dłoni, ani poklepywań na przywitanie, ani ćwiczeń w parach. Ale i tak warto było przez dwie godziny w towarzystwie Marka, Asi i Jurka, krzesać w ciele ogień chuojiaofanzi. 🙂 Na zakończenie podtrzymaliśmy wzbudzony ogień nalewką z orzechów włoskich z Pola Mokotowskiego, którą Jurek wytwarza pod osłoną nocy, a którą następnie leczy skutecznie siebie i swych pacjentów (to dlatego pacjenci walą do niego drzwiami i oknami, nawet gdy są już zdrowi jak ryby ;).

Cóż… oby swoboda dystansu powróciła jak najszybciej nie tylko w naszym dojo, ale i poza nim. W „starej normalności” duch chuojiaofanzi rozwija się zdecydowanie najlepiej. 🙂

Adaś

P.S.: Oczami wyobraźni widzę, jak siwowłosy David Carradine głosem Marka (albo odwrotnie- Marek głosem Davida Carradine’a) recytuje: „Nawet drobinki śliny Twego przeciwnika nie spoczną na Twej twarzy, jeśli pozycja Twa odpowiednia a dystans właściwy”. 😉

nieśmiały powrót do ćwiczeń?

Sam nie wiem jak to nazwać ;]

Ngondeg

Opłatek w Pandanowej Komnacie

🙂

Ngondeg

Quorum Filanum

Quorum Filanum = minimalna ilość członków na dorocznym Walnym Zgromadzeniu PSHF. Wygląda na to, że zostało osiągnięte, a absolutorium za rok ubiegły zostało Zarządowi udzielone. Nikt nie idzie do więzienia :]

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wszystko odbyło się w murach Auli Glonów – wyjścia do knajpy nie było :/

Ngondeg

 

Les murmurs de Clayda

Z niemalże ciepłej wczoraj Skry, przywołany obowiązkiem reporterskim, ruszyłem na salę.

Ciężko było, ale zarabiać trzeba ;]

Soł… Dalej jest bardzo zielona.

I dalej ćwiczą na niej (w  niej?) te same rzeczy, znaczy się good ole chuojiaofanzi..

..coś pomiędzy

ooooraz trochę czystego capo (angola, na moje oko:))

Nagrałem też filmik, którego może nie powinienem wrzucać, choćby z tego powodu, że odczaruje część powyższych zdjęć, ale kto wie, kiedy pojawię się znów na sali 🙂 Z góry przepraszam za niezaplanowane efekty dźwiękowe zawieruchy śnieżnej. Nie wykluczam też, że mogą to być zawodzenia potępionych dusz chuojiaowców przymuszonych za życia do robienia „play fights” przebijające z piątego wymiaru ;>

Ngondeg