Uliczne wojny VI: Powrót Sifu

Shifu Klajda powrócił. Cicho i dyskretnie- jak na Shifu przystało. W kontraście do wrzawy często wypełniającej ostatnio miejskie ulice.

Ostatnie dwa tygodnie Marek spędził w Gorzowie, próbując reanimować rodzinny sklep i zgromadzony w nim towar zagrożony „podstępnym atakiem niewidzialnego wroga”. Na szczęście udało mu się wyprowadzić interes na prostą, zatem przez kolejne dwa tygodnie możemy cieszyć się treningami pod surowym okiem Shifu. ☺

Mam wrażenie, że we wtorkowy wieczór wszystko po trochu się zgrało- ludzie, miejsce i świat natury. Pomimo wilgoci nie narzekaliśmy na chłód, śliskie liście pod stopami umykały bojowym mandarynkom, a strażnik sekretnych neigongów łypał na nas z mrocznego nieba. Nie było wcześniej okazji, aby napisać, że aktualnie nasze podniebne dojo mieści się tuż przy ogrodzeniu Biblioteki Narodowej, dzięki czemu możemy oświetlać naszą praktykę szlachetnym światłem bibliotecznych jupiterów. 😊

作者

Marek przypomniał nam dwa trochę zapomniane ćwiczenia, a przy okazji rozwiał- jako naczelny rabin- kilka wątpliwości interpretacyjnych. 😆

Wszyscy- Shifu Klajda, brat Ryszard, Asia i niżej podpisany- po prostu cieszyliśmy się, że możemy wspólnie poćwiczyć, a uśmiech na obliczu Shifu gościł nawet częściej niż zwykle. Oby jak najczęściej. ☺

Adaś

„The death of Bruce Lee explained”. Czyli quanpu sezonu ogórkowego.

Na wstępie muszę uprzedzić bardziej wrażliwych czytelników, że poniższa „miejska legenda” pasuje bardziej do ostatnich stron magazynu ezoteryki lub taniego brukowca, niż do poważnego bloga o sztukach walki, ale… jest chyba adekwatna do panujących dziś warunków atmosferycznych (zawsze mogę się usprawiedliwić, że dzisiejsza duchota pomieszała piszącemu w głowie 😆).

Brat Ryszard z Londynu zaskoczył mnie dziś śmiałą teorią nt. śmierci Brusiaka (zasłyszaną od 300-letnich mędrców z gór ;). Otóż w trakcie kręcenia „Wejścia smoka”, w studio, w Hong-Kongu panowała duchota, jak nie przymierzając dziś na Polu Mokotowskim, tylko większa. Ponoć Brusiak, nie chcąc by jego pot wpłynął negatywnie na estetykę kręconych scen… usunął sobie gruczoły potowe spod pach (sic!). Tym samym jego organizm ponoć nie był w stanie dostatecznie szybko się schłodzić podczas kręconych scen walki. Krótko mówiąc-cytując brata Ryszarda- Brusiak „zagotował się od środka”.

Cóż… pomimo duchoty nie poszliśmy dziś z bratem Ryszardem drogą Małego Smoka. A przynajmniej nie całkiem. 😈

Adaś

10 urodziny bloga

Niby te rocznice i inne sztuczne cezury mnie nie ruszają, ale 10 lat z… pffffff… za chwilę 20-letniej historii polskiego chuojiao mnie -prostym wordpressowym komunikatem- osadziło trochę ;] Nie mam nic specjalnego do napisania, dawno nie widziałem Marka, jeszcze dawniej Honga, mandarynki nie kopnąłem już jakieś, well.. 10 lat, częściej strzelam z łuku niż cokolwiek innego robię wushu-wise, a Andrew Gordon (kanadyjski brat w chuojiao) w międzyczasie zdążył zostać na służbie skłuty nożem przez psychiczną nastolatkę, którą starał się ratować. Na dodatek te dziwne czasy.. Nie mam nawet żadnej fajnej „yongfy” do pokazania z okazji tej rocznicy, więc wkleję tymczasem futurystyczne diantui dla rozluźnienia atmosfery..

to close to home? :>

..a gdy nasz kochany Sifu Klajda wróci z Gorzowa, czy skąd tam, to poproszę, żeby „pokazał coś fajnego” to się wrzuci 😉

Peace i ćwiczta dalej w tej czy innej formie!

Ngondeg

Drzewa życia

Lekcja botaniki w plenerze

To raczej niezbyt oryginalne spostrzeżenie, ale grupki ćwiczących na Polu Mokotowskim (taijikowców, neigongowców, tancerzy czy linoskoczków) mają w zwyczaju gromadzić się wokół wybranego drzewa (no dobra, linoskoczkowie potrzebują zawsze dwóch). Przypuszczam, że za wyborem drzewa nie stoją jednak misterne, kabalistyczne wyliczenia oparte o mapy żył wodnych pod Polem Mokotowskim, a raczej intuicyjna ciągota do danego drzewa. A o tej porze roku Pole rozpieszcza amatorów swych wdzięków bogactwem drzewostanu.

We wtorkowe popołudnie grupek praktykujących obrodziło niczym owoców na kwitnącej mirabelce, dlatego już po raz kolejny przenieśliśmy bez żalu dojo pod akację, nieopodal orzecha włoskiego (poprzednim razem- praktykowaliśmy chyba pod jabłonką).

Tylko szlachetny Sir Richard stojący nieprzekupnie na straży tradycji oddał oryginalny hołd naszej mirabelce.

Zen i sztuka obsługi motocykla

We wtorek, z inicjatywy Sifu Klajdy przećwiczyliśmy bezkontaktowy sparring, jak za dawnych lat (dla Jurka i Artura to było chyba pierwszy kontakt z tym ćwiczeniem). Jest to ćwiczenie zdecydowanie mniej bolesne od sparringu par excellence (kontaktowego), co nie oznacza, że łatwe. Nawet ćwicząc powoli, popełniamy sporo błędów, zwłaszcza jeśli chodzi o zgranie naszego ruchu z ruchem przeciwnika (timing?), a oponent trafia nas częściej niż sugerowałoby to tempo ćwiczenia. To ćwiczenie przypomina trochę oglądanie zapisu sparringu w zwolnionym tempie- niedorzeczne pozycje, niepotrzebne ruchy i głupie miny widać wtedy wyraźniej. 😉

Po dwóch rundkach Marek stwierdził, że to ćwiczenie rozjaśnia umysł i poszerza spektrum widzenia, co spotkało się z repliką Ryśka, iż u niego to ćwiczenie… zawęża pole widzenia niczym jazda na motocyklu. 🙂 Generalnie szkołę anglosaską w chuojiaofanzi- którą reprezentują Rysiek i Aleksandra- cechuje żarliwe przywiązanie do tradycyjnej metodyki sprzed 8 – 10 lat (a nie tych dziwnych, modernistycznych metod szkoły warszawskiej, która szuka inspiracji w tańcach wszelakich 😉 ).

P.S.: Na trzask mirabelek pod stopami mandarynek (jakkolwiek by to nie brzmiało) musimy jeszcze chwilę poczekać, a z uwagi na wysoką frekwencję ćwiczących na Polu należy rozważyć wprowadzenie rezerwacji… drzew. 😉

Adaś

Mistycy i Cudotwórcy Tybetu (1) – jak pies nie sika

Zarówno na Skrze, jak i na Polach ćwiczących ludzi jak mrówków, ale zdecydowanie to dwie odmienne strefy klimatyczne. Cieszcie oczy tym krótkim fotoreportażem ;]

SKRA

Pola

🙂

Ngondeg

Rashomon po słowiańsku

Jak ongiś dowodził Akira Kurosawa w swym słynnym dziele sprzed ponad pół wieku, ilu świadķów wydarzenia, tyle wersji wydarzeń. Japoński reżyser nie miał pewnie pojęcia, że oddaje w ten sposób jeden z cech charakteru narodowego nadwiślańskich Lachów, którą moja Mama wyraża ironicznie słowami: „Gdzie dwóch Polaków, tam trzy różne zdania.” 😉

Ostatnio mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, jak ta zasada funkcjonuje w praktyce, albowiem Shifu Klajda ponownie wyruszył w tajemniczą misję biznesową na Zachód, pozostawiając nas na pastwę ułomnej pamięci. A gdy praktykujemy sami, co rusz nachodzą nas wątpliwości co do tego, jak dana pozycja czy ruch powinny wyglądać bądź jakie jest zastosowanie danego elementu. Oczywiście prawie każdy z nas pamięta inną wersję, a nawet- jest w stanie wskazać bezpośrednie źródło swej wiedzy (mistrz Hong, shifu Klajda albo deputy shifu- Ge Ande). Jak to często bywało w historii, wątpliwości natury technicznej prowadzą do sporów doktrynalnych. A stąd już do schizmy niedaleko. 😉

Shifu Klajda zwykle poskramia wątpiących głosem i spojrzeniem nie znoszącym sprzeciwu. Ale ja- jako mimowolny i tymczasowy zarządca dojo pod chmurką- nie mam takich atrybutów. 😉 Poza tym, uważam, że warto toczyć takie „spory”. Zazwyczaj przywiązujemy się do danej wersji ćwiczenia czy techniki tak, że inna wersja jest dla nas absolutnie nie do zaakceptowania. Konfrontacja z ćwiczącym „to samo, ale inaczej” zmusza nas do przekroczenia schematu. A przecież powinniśmy właśnie rozwijać elastyczność podejścia. „Fan” (zmiana) – to chyba wyraża jeden z dogmatów naszego stylu. Jak głosi Święta Księga Pawiana: „Musicie umieć kopać we wszystkich płaszczyznach.” No i kopaliśmy, jednocześnie dzieląc włos na czworo niczym kłócący się rabini. Jasne, że część naszych interpretacji jest pewnie ‚tak „heretycka”, że Hong słysząc o nich, zakrztusiłby się papierosem. Ale mam poczucie, że to nieuniknione (zwłaszcza gdy najwyższy kapłan stylu jest niedostępny), a poza tym- błądzenie to część procesu edukacji.

Oczywiście, na absolutną dowolność praktyki też nie można sobie pozwolić. Jakieś ramy- choćby wymuszone zasadami anatomii i fizjologii- zawsze muszą istnieć. Ale to już temat na inną „samurajską” opowieść.

P.S.: W naszej opowieści Rysiek- z uwagi na podobieństwo do Toshiro Mifune i zawziętość- jest bandytą, Jurek- drwalem, Asia- żoną samuraja, a ja… depresyjnym duchem martwego samuraja. Płaczącego dziecka w trawie nie znaleźliśmy, a jedynie… psią kupę. Cóż, jaki kraj, taki Rashomon. 😉

Adaś

Ptak korony brytyjskiej

Ostatnie anomalie mikrobiologiczne sprawiły, że na Polu Mokotowskim objawił się niespodziewanie Ryś. Według nieoficjalnych źródeł Rysiek wzgardził akcją „Lot do domu” i przepłynął Kanał La Manche wpław, a potem przeskoczył jumpingiem pół Europy, by móc kontynuować naukę chuojiaofanzi u Marka. 😉

Ptaki i rusałki

Poza zwyczajowym wigorem Rysiek przyniósł w zanadrzu na czwartkowy trening garść ciekawych opowieści:

Pierwsza pochodzi z cyklu „Z nocnego pamiętnika hotelarza”. Jeszcze w Londynie, strzegąc mężnie wrót hotelu, w którym pracuje, Ryś odparł nocny atak naćpanej Irlandki w klapkach, profesjonalnie obezwładniając ją na podłodze. „Kiedy chwyciła mnie za twarz, wyrwałem ją jak kwiatek.”- wyrzekł i zademonstrował. Kiedyś może Rysiek napisze podręcznik dla kolejnych pokoleń strażników hotelowych, jak radzić sobie z travelersami (to podobno wyjątkowo podstępny gatunek gości hotelowych, którzy wyszukują defekty w zamieszkiwanym pokoju, aby wyłgać się od zapłaty). 

Kolejna mrożąca krew w żyłach (dosłownie) opowieść dotyczy samochodowej butli z dwutlenkiem węgla, która wskutek nieszczelnego zaworu wybuchła w dłoni Ryśka. I tylko nabyty pod okiem Marka refleks i naturalna gibkość sprawiły, że incydent kosztował Ryśka tylko lekkie odmrożenie skrawka dłoni.

Rycerz Okrągłego Stołu (w pełnym rynsztunku)

Naprawdę się ucieszyłem, mogąc uścisnąć prawicę brata Ryszarda. Co ja gadam- przecież nie wolno. 😉

Adaś

„Dystans społeczny w sztukach walki. Poradnik praktyczny” – 2020 (wyd. Bakalarska & S-ka)

W jednej ze scen filmu „Savate”- nawiasem mówiąc, jednego z moich ulubionych filmów ze sztuko-walkowej rodziny- główny bohater (grany przez Oliviera Gruenera) pokazuje swemu uczniowi (zapalczywemu młodemu farmerowi, Ianowi Zieringowi) koncepcję dystansu w la savate:
– gdy przeciwnik jest blisko, używamy pięści,
– w średnim dystansie- kopiemy,
– gdy jest poza zasięgiem naszego ciała- sięgamy po broń palną.
Pomijam oczywiście to, że Gruener- o ile wiem- prezentuje na ekranie elegancki kick-boxing a nie la savate, ale ta scena (i inne również) ma tyle uroku, że chętnie do niej wracam. 🙂

A piszę to, ponieważ we wtorek, pomimo ciężkich chmur deszczowych- które zawisły złowieszczo nad Polem Mokotowskim- i zdradliwie śliskiej trawy odbył się pierwszy post-pandemiczny trening naszego stowarzyszenia. Trening pod znakiem narzuconego odgórnie „dystansu społecznego”. Nie było zatem męskich uścisków dłoni, ani poklepywań na przywitanie, ani ćwiczeń w parach. Ale i tak warto było przez dwie godziny w towarzystwie Marka, Asi i Jurka, krzesać w ciele ogień chuojiaofanzi. 🙂 Na zakończenie podtrzymaliśmy wzbudzony ogień nalewką z orzechów włoskich z Pola Mokotowskiego, którą Jurek wytwarza pod osłoną nocy, a którą następnie leczy skutecznie siebie i swych pacjentów (to dlatego pacjenci walą do niego drzwiami i oknami, nawet gdy są już zdrowi jak ryby ;).

Cóż… oby swoboda dystansu powróciła jak najszybciej nie tylko w naszym dojo, ale i poza nim. W „starej normalności” duch chuojiaofanzi rozwija się zdecydowanie najlepiej. 🙂

Adaś

P.S.: Oczami wyobraźni widzę, jak siwowłosy David Carradine głosem Marka (albo odwrotnie- Marek głosem Davida Carradine’a) recytuje: „Nawet drobinki śliny Twego przeciwnika nie spoczną na Twej twarzy, jeśli pozycja Twa odpowiednia a dystans właściwy”. 😉

nieśmiały powrót do ćwiczeń?

Sam nie wiem jak to nazwać ;]

Ngondeg