Posts Tagged ‘ Marek Klajda ’

Akolici syberyjskiej szamanki

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie?

[Adam Mickiewicz „Dziady”- cz. II]

Ano będzie jesień, a potem zima, zapowiedziane przez nieubłagannego emisariusza o imieniu Ciemność. Ów wysłannik tych dwóch pór roku zdążył nam już zaleźć za skórę, że wczoraj wieczorem Sifu Klajda dał znak, byśmy oddalili się w kierunku światła, czyli na dojo jesienno-zimowe nieopodal ogrodzenia Biblioteki Narodowej. Nie napotkało to sprzeciwu w grupie- może i światło duchowe jest cenne, ale mało praktyczne. 😈 Tutaj „dziady” (i jedna baba) będą odprawiać w mroku pogańskie rytuały aż do wiosny. W sumie wpisujemy się po trochu i w ludowe wizje wspomnianego wieszcza, i w jakieś animistyczne kulty, skoro uprawiamy kult Sowy, mamy w grupie rysia i kota, a niekiedy odwiedza nas para farbowanych lisów. 😁

[dojo jesienno-zimowe o zmroku]

Skąd tytuł wpisu? Otóż Sifu Klajda podczas niedawnego warsztatu pracy z ruchem (oporu 😉 w Gruzji miał okazję praktykować pod okiem i skrzydłami… syberyjskiej szamanki. 😮 (Dla mnie brzmi egzotycznie, choć bardziej prawdopodobne, że w najbliższej dekadzie szczytem egzotyki będzie dla mnie praktyka sztuki zniewalania klienta u Wietnamek z Bakalarskiej 😉). Marek zaordynował nam jedno z ćwiczeń wspomnianej szamanki- jedna osoba zamyka oczy i kieruje uwagę do środka, a druga prowadzi ją powoli, zmieniając kierunki. Gdy przewodnik się zatrzymuje, osoba prowadzona otwiera oczy i bada swe odczucia. Może tak rodziły się podwaliny tuishou, kto wie? Osobiście raczej nie odnajduję się w tego typu ćwiczeniach- po prostu takie uwalnianie umysłu i obserwacja wnętrza raczej mnie nuży i przytłacza, zatem wolę praktyki bardziej angażujące somę niż psyche. Może kiedyś dojrzeję do tego typu ćwiczeń.

A tyczasem: żegnaj do maja dorodna Mirabell- obyś w przyszłym roku nakarmiła nas równie hojnie jak w tym! Nim wrócą dni długie i ciepłe wieczory porzucamy Cię tymczasowo dla niewzruszonej, powalonej topoli.

[Powyższe spisane pazurem kulawego kota]

red. Adaś

Uliczne wojny VI: Powrót Sifu

Shifu Klajda powrócił. Cicho i dyskretnie- jak na Shifu przystało. W kontraście do wrzawy często wypełniającej ostatnio miejskie ulice.

Ostatnie dwa tygodnie Marek spędził w Gorzowie, próbując reanimować rodzinny sklep i zgromadzony w nim towar zagrożony „podstępnym atakiem niewidzialnego wroga”. Na szczęście udało mu się wyprowadzić interes na prostą, zatem przez kolejne dwa tygodnie możemy cieszyć się treningami pod surowym okiem Shifu. ☺

Mam wrażenie, że we wtorkowy wieczór wszystko po trochu się zgrało- ludzie, miejsce i świat natury. Pomimo wilgoci nie narzekaliśmy na chłód, śliskie liście pod stopami umykały bojowym mandarynkom, a strażnik sekretnych neigongów łypał na nas z mrocznego nieba. Nie było wcześniej okazji, aby napisać, że aktualnie nasze podniebne dojo mieści się tuż przy ogrodzeniu Biblioteki Narodowej, dzięki czemu możemy oświetlać naszą praktykę szlachetnym światłem bibliotecznych jupiterów. 😊

作者

Marek przypomniał nam dwa trochę zapomniane ćwiczenia, a przy okazji rozwiał- jako naczelny rabin- kilka wątpliwości interpretacyjnych. 😆

Wszyscy- Shifu Klajda, brat Ryszard, Asia i niżej podpisany- po prostu cieszyliśmy się, że możemy wspólnie poćwiczyć, a uśmiech na obliczu Shifu gościł nawet częściej niż zwykle. Oby jak najczęściej. ☺

Adaś

„Dystans społeczny w sztukach walki. Poradnik praktyczny” – 2020 (wyd. Bakalarska & S-ka)

W jednej ze scen filmu „Savate”- nawiasem mówiąc, jednego z moich ulubionych filmów ze sztuko-walkowej rodziny- główny bohater (grany przez Oliviera Gruenera) pokazuje swemu uczniowi (zapalczywemu młodemu farmerowi, Ianowi Zieringowi) koncepcję dystansu w la savate:
– gdy przeciwnik jest blisko, używamy pięści,
– w średnim dystansie- kopiemy,
– gdy jest poza zasięgiem naszego ciała- sięgamy po broń palną.
Pomijam oczywiście to, że Gruener- o ile wiem- prezentuje na ekranie elegancki kick-boxing a nie la savate, ale ta scena (i inne również) ma tyle uroku, że chętnie do niej wracam. 🙂

A piszę to, ponieważ we wtorek, pomimo ciężkich chmur deszczowych- które zawisły złowieszczo nad Polem Mokotowskim- i zdradliwie śliskiej trawy odbył się pierwszy post-pandemiczny trening naszego stowarzyszenia. Trening pod znakiem narzuconego odgórnie „dystansu społecznego”. Nie było zatem męskich uścisków dłoni, ani poklepywań na przywitanie, ani ćwiczeń w parach. Ale i tak warto było przez dwie godziny w towarzystwie Marka, Asi i Jurka, krzesać w ciele ogień chuojiaofanzi. 🙂 Na zakończenie podtrzymaliśmy wzbudzony ogień nalewką z orzechów włoskich z Pola Mokotowskiego, którą Jurek wytwarza pod osłoną nocy, a którą następnie leczy skutecznie siebie i swych pacjentów (to dlatego pacjenci walą do niego drzwiami i oknami, nawet gdy są już zdrowi jak ryby ;).

Cóż… oby swoboda dystansu powróciła jak najszybciej nie tylko w naszym dojo, ale i poza nim. W „starej normalności” duch chuojiaofanzi rozwija się zdecydowanie najlepiej. 🙂

Adaś

P.S.: Oczami wyobraźni widzę, jak siwowłosy David Carradine głosem Marka (albo odwrotnie- Marek głosem Davida Carradine’a) recytuje: „Nawet drobinki śliny Twego przeciwnika nie spoczną na Twej twarzy, jeśli pozycja Twa odpowiednia a dystans właściwy”. 😉

Opłatek w Pandanowej Komnacie

🙂

Ngondeg

Quorum Filanum

Quorum Filanum = minimalna ilość członków na dorocznym Walnym Zgromadzeniu PSHF. Wygląda na to, że zostało osiągnięte, a absolutorium za rok ubiegły zostało Zarządowi udzielone. Nikt nie idzie do więzienia :]

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wszystko odbyło się w murach Auli Glonów – wyjścia do knajpy nie było :/

Ngondeg

 

Les murmurs de Clayda

Z niemalże ciepłej wczoraj Skry, przywołany obowiązkiem reporterskim, ruszyłem na salę.

Ciężko było, ale zarabiać trzeba ;]

Soł… Dalej jest bardzo zielona.

I dalej ćwiczą na niej (w  niej?) te same rzeczy, znaczy się good ole chuojiaofanzi..

..coś pomiędzy

ooooraz trochę czystego capo (angola, na moje oko:))

Nagrałem też filmik, którego może nie powinienem wrzucać, choćby z tego powodu, że odczaruje część powyższych zdjęć, ale kto wie, kiedy pojawię się znów na sali 🙂 Z góry przepraszam za niezaplanowane efekty dźwiękowe zawieruchy śnieżnej. Nie wykluczam też, że mogą to być zawodzenia potępionych dusz chuojiaowców przymuszonych za życia do robienia „play fights” przebijające z piątego wymiaru ;>

Ngondeg

podstępna hjena leży w trawie

鬣狗卧草 – to technika filmowania 😉

Ngondeg

21 slajdów

Nie wiedziałem co lepsze: filmik czy fotki.. Zdecydowałem się na fotki :]

BTW, z przyczyn tak zwanych niezależnych wizytę Mistrza musimy przesunąć w bliżej nie znaną przyszłość. Przez wakacje zatem ćwiczymy sami, a później się zobaczy.

Ngondeg

krzyknął Vayu: weźta spierdalayu!

Vayu – indyjski bóg wiatru

W rzeczywistości wywiał im tylko qigongi z głowy. Nie dali się i resztę ćwiczyli normalnie.

KO tradycyjnie przyszedł jako pierwszy i zanim zaczęło piździć na dobre oprócz chuojiao zdążył jeszcze przećwiczyć swoje taiji i.. baguę.

Tak, baguę 🙂 Normalnie robi konkurencję Kubie. Kiedyś „odnajdę” i opublikuję cudownie zachowany egzemplarz „Opowieści o prawdziwym i fałszywym Bakłażanie” ;]

Odbyliśmy krótką rozmowę, podczas której zostałem poproszony o wyznaczenie zgodnie z zasadami fengshui miejsca składania w ziemi wyrwanych w pojedynkach serc. KO wymyślił sobie, że ma nad nimi melancholijnie powiewać na wietrze wierzba mandżurska ;] Pogapiłem się jeszcze chwilę na wirującego kolegę, aż w końcu pojawił się Marek i reszta.

Wszystko potem szło tak niemożebnie zgodnie ze znanym scenariuszem, że nie ma sensu dodawać komentarza.

To wszystko było we wtorek – stary news. Nie mogłem się jakoś zebrać, sorry. A, może ktoś znajdzie interesującym, że Sifu Bartosz wciąż prowadzi treningi na Skrze. Idąc od strony naszej dawnej ścieżki mijałem jego grupę z żerdziami 🙂

Ngondeg