Posts Tagged ‘ skra ’

Drang nach Packen ;)

Trening prosty, a wydajny. Wierzę w tłuczenie w packi :]

A w drodze powrotnej przechodziłem przez Skrę..

..stare czasy się przypominają 🙂

Ngondeg

z cyklu „znalezione w błocie” – ryciny noworoczne

Dobrze, że są ludzie, którym chce się ruszyć tyłek na Skrę w ‚listopadowy styczniowy poranek’ powitać nowy rok rytualnym treningiem, i nie mam na myśli tylko swoich od chuojiao.. 🙂

bieżnia

trójki

żywy manekin

angielka

sledzibimbrao

Ngondeg

P.S.

zainteresowanym i zorientowanym mogę ewentualnie udostępnić nagrane wczoraj  30 sekundowe tajne wideo Gorącego Kwiatu Zimnej Bieżni, ale będziecie musieli się zalogować, żeby udowodnić pełnoletność 😉

 

gdy Marka nie ma lisy harcują

Marek się pewnie upija w Porto po stronie Vila Nova de Gaia, a znój treningu piątkowego pozostawił nam. Róbta co chceta był miał powiedzieć, to się w starym małym składzie AAA spotkaliśmy. KO, jak się okazuje, ćwiczył na Polach. My o tym nie wiedzieliśmy i zrobiliśmy jibengong, obrotówki i jakieś ręce na sucho i w parach na Skrze. Na samym początku mój neigong został, że wspomnę, zakłócony przez mieszańca pitbula, który skoczył mi na brzuch, ale na szczęście (albo nieszczęście) nic nie odgryzł. 😉

Zapis tej części treningu:

małpa

twarde wejście po zmyłce

Potem niespodziewanie przyszedł Kuba i zrobiliśmy swobodne tuishou w różnych konfiguracjach..

tuishou

Aśka vs Kuba

I jakoś wtedy pojawił się lis! Trzymał w pysku białą torebkę z pp.. Może on nie poluje tylko biega do sklepu? Jestem dumny, że go uchwyciłem w ruchu. Czuję się jakbym nagrał ducha albo obcych z Beta Reticuli. 😉

Po wizycie lisa wróciliśmy jeszcze do tuishou, bo to dobre ćwiczenie testujące nawet dla ćwiczących chuojiaofanzi jest.

schwytany

Adaś vs Kuba

A potem poszliśmy na piwo do Honoratki. Nawet na wino, bo Aśka wzięła grzane. Nie to co Porto (zaraz, ja z Kubą piliśmy Portera Żywca więc prawie!) ale i tak było fajnie.. 😉

Ngondeg

to lis ma kung-fu

Nie my, tzn żaden z ćwiczących wczoraj na Skrze kungfiarzy. Boski Lis nawiedzający Skrę (niegdyś z towarzyszem – teraz samotnie)  od ładnych paru lat, nie ten fajfus z telewizji, naturalnie..

lisao

święty lis

Nigdy przedtem nie pozwolił się sfotografować. Ledwie co mi się udało uwolnić rękę ze sznurka od liuxingchuia, którym sparowałem przeciw Kubie z kijem, i podbiec po aparat. Lis kłusował sobie spokojnie, jak gdyby nic, mijając biegaczy na bieżni i kierując się prosto na chaszcze przy parkingu za płotem.. Gdy zniknął zajęliśmy się na powrót treningiem. Ja z Kubą porobiliśmy tuishou, a człowiek, którego podejrzewam o bycie hungarowcem (i o zasadzenie tajemniczego pala przy naszej starej ścieżce) dalej robił siłę na poręczach.

tuishou-horz

tuishou

W pewnym momencie patrzymy, a nasz lis kłusuje z powrotem (inną trasą) z ptaszkiem w pysku. Porażeni jego kunsztem i skutecznością gapiliśmy się z rozdziawioną japą. Kuba nawet wykonał modlitewną formę baguy skierowaną do Lao Tian Ye (Niebiański Dziad brzmi mocarniej) z intencją obdarzenia nas mocą lisa. 😉

 molim se

modły ;]

Po treningu też było ciekawie. Poszliśmy na piwo, bo raz że się spociliśmy, dwa że chciałem posłuchać opowieści Kuby o jego pobycie i nauce TCM w Taszkiencie. GURU zamknięty, to poszliśmy do Wietnamczyka przed szpitalem Banacha. Tam przecież było piwo. Było. Dystrybutor się ostał ale piwa niet. Pan Wietnamczyk (był w koszulce MMA) jednak, to -jak zauważyłem- ten sam stary poczciwy pan Wietnamczyk z naszych dawnych tam wycieczek potreningowych. Bohater jednej nie do przytoczenia opowieści jianghu. 😀 Wzięliśmy więc colę zero zanim poszliśmy do Honoratki. Po piwie, wracając, zamieniliśmy parę słów z panami, którzy słysząc nasze gaoji rozmowy o zasadzaniu bocznych udzielili nam paru życzliwych rad. 😉 Jakby mało było natknęliśmy się na Walerego, którego chyba pierwszy raz widziałem nieodzianego w dres. Wracał z gry na gitarze i chyba był w lekkim szoku, gdy się dowiedział, że jest Człowiekiem z Radiem. Biedny starał się tłumaczyć, że w tym roku już nie słuchał.. Nie wiem czy to ważne, ale doniosłem, że ksywkę wmyślił Adaś.. 🙂

Ngondeg

Lefo, Galeria Bakalarska i Skra

Nenggande Xiaohuozi przyjechał wczoraj służbowo do Stolycy i znalazł czas spotkać się ze starym kumplem.  🙂

Zeszliśmy się na skrzyżowaniu Krakowskiej i Łopuszańskiej, a stamtąd -wiadomo- blisko na Bakalarską. Ugościłem Lefo burkiem,  chałką i kawą bułgarską.

Bercik

Lefo

Po zjedzeniu pojechaliśmy na chwilę do mnie (musiałem worek ryżu kupiony u Wietnamczyków odłożyć) i poszliśmy na Skrę, bo Lefo za Skrą tęskni bardzo.

krosfitowcy?Przy drążkach był jakiś huodong, więc poszliśmy na ‚moje’ poletko za siatką.. Chwilkę poćwiczyliśmy. Ja – yunzhang, Lefo – swoje sistiemowe rzeczy. Nagrałem kawałek, gdy się niczego nie spodziewał.. 😉

Wygląda dziwnie znajomo. Nawet wydaje mi się, że w 2010 podobne rzeczy w Krakowie shiye pokazywał. Lefo zresztą się nie wypiera i zawsze wśród sistiemowców sławi imię kung-fu i chuojiao. Kiedyś mi się wydawało oczywistym, że sistiema inspirowana w dużej mierze chińskimi sztukami walki musi być, ale teraz to nie jest oficjalny trynd ponoć. Teraz to oni raczej serwują, że to setki lat temu bojarzy ruscy wymyślili 🙂

Trening był krótki, symboliczny, ale i tak doszło do wymiany. W zamian za sekret sistiemowego kap-czoja zdradziłem mimi chuojiaofandziarskiego dim-maku kciukiem. Hong zły nie będzie, bo ma Lefo za swego. Kap-czoja, mam nadzieję, popróbujemy w środę na packach. 🙂

tabaka

inne użycie bazi shou 😉

Nenggande miał ze sobą tabakę, a ja przytkane zatoki, więc zażyliśmy trochę (pijiu też był, ale nie będę epatował)..

Lefo i ja

lekcja zażywania

Ostro daje w łeb. Aż mi się zakręciło w nim z lekka. ;] Przeszliśmy potem przez Pola w drodze na dworzec. Minęliśmy znów aktywne poletko golfowe. Jak zwykle sporo Wietnamczyków. Zdecydowanie wolę tych co grają w piłkę. 🙂

golf Na naszym kawałku Pól ścięli kilka starych topól. Na pieńku wciągnęliśmy jeszcze jedną działkę tabaki i opuściliśmy oazę spokoju.

topola

Lefo pojechał do Krakowa. Małego Hong Kongu, przepraszam.. 😀 Dziś na seminarium sistiemy w Katowicach pognał. Kul.

Tego dnia jeszcze się sporo działo, ale bez Lefo, więc w osobnym poście opiszę. 🙂

Ngondeg

gatito de la fortuna czy maojing?

Tell me..

mao

aegyo do bólu

Przysięgam, że przygarnąłbym, gdybym już jednej, groźniejszej, kocicy w domu nie miał. Tak, to trochę bałbym się o bezbronnego zwierzaka. 😉

Jak wczoraj ćwiczyliśmy we czwórkę na Skrze, podczas ćwiczenia z woreczkiem na lince, zwabiony (-a?) ruchem, przyłączył do treningu, skubany. 🙂

mao_xi_shadai

fot. Aśka

Dziś też był. Nie lgnie tylko do chuojiao, bo między użytkownikami drążków  też chętnie, acz lekko nieśmiale siadał. Walery – Człowiek z Radiem wydawał się tym trochę zbity z pantałyku. 😀 Jak wracałem, bestia mnie nawet odprowadziła do granicy wytyczonej przez klon srebrzysty z wizerunkiem Matki Boskiej.

Może więc rzeczywiście to jakiś demon koci (maojing) jest. W demonologii koreańskiej, zdaje się, że upiory uwodzące mężczyzn (na ich zgubę) pod postacią pięknych kobiet, to poza demonicznymi lisicami, również kocice. 😉

Ngondeg

P.S.

raz może córki Sifu Klajdy coś przeczytają na tym blogu 😛

Swobodne rozmyślania o wiosennym deszczu

春雨杂感 mi wyszło 🙂

Znów jak z poezji Tangów, ale to dobrze, bo się tak właśnie poczułem nostalgicznie wczoraj popołudniu. Nie wiem czemu, ale czasem dźwięki, zapach powietrza, nie wiem co to jest, uruchamia wspomnienia. Te dobre na szczęście..

Wpadłem na moment nawet nie wiedząc, czy będę coś ćwiczył, bo lekko podziębiłem się, a i z pracy prosto na Skrę przybyłem, więc w stroju  galowym, który nie pozwala mi na obrotówki w wyskoku 720 st. 😉

Szaro na Skrze, ale tak przyjemnie szaro. Spojrzałem na ziemię pod nogami. Mini kraterki po kroplach deszczu, który spadł wcześniej, ale generalnie sucho.

kraterki

Ktoś tam sobie biega na bieżni. Przy drążkach nikogo. Zachciało mi się coś porobić, więc podszedłem do pala, który ktoś (jakiś kungfiarz?) jakiś czas temu wbił w miejscu, gdzie kiedyś mała równoważnia stała. Ot tak popróbować zupełnie na luzie dazhuang. Tym bardziej, że niedawno podpatrzyłem filmik z Bai Guodongiem, jak to na drzewku robi. Nieporadnie szło, ale od tego wideło, żeby obejrzeć i poprawić. 😉 Poćwiczyłem trochę i znów zaczęło padać. Przesunąłem się pod święty klon, który chroni doskonale, i pogapiłem na stadion.

Dwa punkciki przemieszczające się z centralnej ławki trenera ku lewej stronie ekranu, to dr Kociszewski (znany biegacz) z człowiekiem, którego nie znam. Miło ćwiczyć w takim towarzystwie. I nie o tytuły mi tu chodzi.

A samo okładanie pala -mimo iż lekkie- nie tylko, że uodparnia na ból w jakiejś tam perspektywie czasu, to jest bardzo przyjemnym ćwiczeniem. Ręce ukrwione się robią, czy co, ciepłe. Fajne uczucie. Gołą kością starałem nie bić, ale ze dwa razy trafiłem i prąd poszedł. ;]

Deszcz się wzmógł, więc poszedłem do domu, by się bardziej nie doprawić i nie naruszyć tabu chuojiaofanzi.. 😉

1399909861749

tu przynajmniej widać, że pada

Ćwiczyłem pewnie 5 minut, ale to był i tak dobry trening.

Ngondeg

Co ma wspólnego Matematyk z Kamienną Ropuchą

Ma o tyle, że wczoraj przyszedł na Skrę i wysłuchał w milczącym podziwie opowieści Marcina o starej ochockiej metodzie, którą można by ochrzcić chińskim mianem Kamiennej Ropuchy Kucającej na Liściu Lotosu. Metoda polega na tym, że będąc gonionym przez kanara (może Złoty Kur by pasował?) należy rozpędzić się w ucieczce, by za chwilę, z nienacka, zatrzymać się z przykucnięciem tyłkiem do samej niemal ziemi. IT WORKS. Przynajmniej tak przysięga Marcin, który stosował to dwukrotnie. Raz na kanarze i raz na 15 letniej dziewczynie ze szkoły sportowej (sam miał lat 8). Ponoć lecieli lotem koszącym przez 3 m 39cm. Trenujcie na własną odpowiedzialność, bo nie wiem czy kontrolerzy ZTM nie mają w dzisiejszych czasach prawa do użycia broni palnej. 😉

A wszystko wyszło z tego, żeśmy się bawili w dźgnięcie z podpórką wykonywane po sprowokowanej pogoni przeciwnika. Metoda, którą podpatrzyłem u dongbeiowców, rozwinąłem, a Adaś nazwał poetycko techniką „Czapki z Głów”. 🙂


A Matematyk, to nie jakiś tam matematyk, a THE Matematyk. Włodek. Jeden z elementów składowych Skry. Bohater co najmniej dwóch opowieści jianghu. Człowiek, którego spotykam na ulicy raz na ruski rok, a na Skrze, to nie wiem kiedy go widziałem ostatnio.. 5 lat temu? Kurcze, może 15.. Nic się nie zmienił. 🙂

Ngondeg

człowiek widzi, co chce zobaczyć :)

Sam się pięknie złapałem na tym. Jakiś tydzień temu późnym wieczorem na Skrze zobaczyłem grupę ludzi biegających za frisbee po boisku do rugby. Pomyślałem: rugbyści wdrażają alternatywną metodę treningową dla: a) odświeżenia umysłu – zmiany perspektywy b) uaktywnienia nieużywanych zazwyczaj partii mięśni c) zacieśnienia więzi międzyludzkich w duchu koedukacji (faceci z dziewczynami biegali) Fajnie! Tylko, że to nieprawda. 🙂 Wczoraj znów ich widziałem i w sercu moim zrodziła się wątpliwość. Za dużo tej „odmiennej perspektywy” jakby i zacząłem dostrzegać lekko hipsterskie (no offence) ficzersy u zawodników. 😉

Sprawdziłem na necie, że to drużynowe frisbee nazywa się „ultimate frisbee”. Nie wiem czemu tak wzniośle. Może im komputer wyliczył, że losy Ziemi rozstrzygną się w meczu frisbee. 😉 Na Skrze widziałem już baseball (czemu to się jeszcze nie spolszczyło na bejzbol?), rugby, teraz ultimate frisbee. Spoko. Podoba mi się, że ćwiczą do późna. Nawet do 23:00. Chyba fajna zabawa a dzięki temu stadion żyje (po to jest by służyć) no i światło jest. Ja cieszyć. Na przyszłość nie będę się, z kolei, tak egzaltował niekonwencjonalnymi metodami treningowymi. Trzeba ćwiczyć swoje przede wszystkim. 😉

Ngondeg