Posts Tagged ‘ Wu Binlou ’

Marek w Pekinie (fotki)

Dostałem dziś od Marka parę zdjęć z ostatniej podróży do Chin. Był z żoną i córkami, przypominam, ale profesjonalnie wyselekcjonował te z mistrzem i uczniami + kilka widoczków 🙂

Przefajny kawałek muru i kul ujęcie z baishi – wygląda jakby Mistrz przyjmował hurtem uczennice seminarium duchownego 😉

Dostaliśmy też od Shifu po egzemplarzu jubileuszowego albumu poświęconego pamięci naszego Shitai. Wspominałem o tym i choć pierwotnie planowałem wkleić najzwyczajniej we wpisie kilka skanów, to jednak poczekam z tym trochę. Parę ciekawych rzeczy zostało tam napisanych; parę historii, ciekawych faktów, o których warto by wspomnieć. Zwłaszcza, zwłaszcza, że jeden ze sławnych łuczników przełomu epok Ming i Qing mieszkał nie tylko w jednej wsi, co i na tej samej ulicy, co Wu Binlou, a jako że ja, Ge Ande, jestem w trakcie tworzenia swojej nowej tożsamości, to takie coś może być bardzo ważne dla mojego przyszłego CV, zatem chcę podejść do sprawy porządnie – tzn n.p. przeczytać ten rozdział ;]

Ngondeg

Reklamy

Nanquan Beitui – Tajniki Chuojiao (wywiad z Zhong Haimingiem)

Na samym początku kilka referencji filmowych naszego stylu. Nawet zacząłem wątpić, czy Filipinki rzeczywiście były pierwsze ;] Zhong Haiming (dla tych co nie wiedzą) jest uczniem Wu Binloua i -z tego co pamiętam- zawodowo związany jest z mediami, to i częściej go w TV widać.

Nie będę tłumaczył półgodzinnego programu, ale generalnie rozsądnie mówi. Wrzucam jedną tylko ciekawostkę: Wu Binlou poza nauczaniem chuojiaofanzi parał się handlem.. glutenem, zwanym mianjinz którego to robione potrawy lubił był szamać niejaki Lu Xun, jego sąsiad. Dwie generacje później i proszę, Sifu Klajda nie je glutenu. Unika we wszelkiej postaci. Ewolucja. Zmiana na lepsze 🙂

Ngondeg

Hong Zhitian (wizyta 2015) – baishi

W sobotę, 13 czerwca, w restauracji China Garden na warszawskim Wilanowie,  mieliśmy doniosłe wydarzenie i zarazem kulminacyjny punkt wizyty Mistrza – baishi. W tym roku do ceremonii pokłonienia się przed swym shifu – Markiem Klajdą – przystąpiły dwie osoby: Joanna i Miguel

06-13@18-47-53-532

06-13@18-49-51-245

06-13@18-51-57-308

06-13@18-52-32-360Restauracja okazała się być dobrym wyborem, ale i tak nie poszło zupełnie gładko: mała salka obok, którą sobie upatrzyłem ze względu na świetne wyposażenie dla takiej ceremonii została zajęta; w naszej -choć większej- było mało miejsca przez olbrzymi stół na kilkanaście osób; wreszcie okazało się, że przesuwne drzwi się zacięły i nie możemy liczyć na zupełną prywatność.. Niemniej i Marek i Mistrz nie zwracali na to specjalnej uwagi, albowiem baishi nie w świeczce i nie w krześle, a w sercach uczestników.

06-13@19-01-29-828Były przemowy – a jakże.. 🙂 Marek do tego przyniósł ze sobą zeszyt, który jako czternastoletni chłopak zafascynowany sztukami walki  wypełniał zapiskami o karate, w jasnym celu – by pokazać, że kiedyś nie mieliśmy nic, żadnych mistrzów, żadnego (prawdziwego) kung-fu, większych perspektyw na wyjazd i naukę zagranicą, ale mieliśmy zapał. Teraz mamy najlepszego nauczyciela chuojiaofanzi pod słońcem, ale -no właśnie- czy ostał się ów zapał? Ta chłopięca, czysta chęć bycia dobrym w czymś. Jak najlepszym. Czy to, co się ostało, to jeszcze pasja, czy już jedynie fajne hobby, którym się można pochwalić w mniej zorientowanym towarzystwie?

06-13@19-13-07-771Całkiem niezła mowa.. Mistrz też, naturalnie, przemawiał, ale tym razem ograniczył się do kilku prostych uwag moralizatorskich (młodszy z uczestników ma dopiero 17 lat) i objaśnienia znaczeń imion chińskich, osobiście przezeń nadanych nowym tudi. Jego przemówienie trwało jednak całkiem długo, bo po raz pierwszy zaszła potrzeba podwójnego tłumaczenia. Ja tłumaczyłem Mistrza na polski, a starsza córka Marka tłumaczyła dalej na angielski, dla Miguela (português) 🙂

06-13@20-50-41-388Rośnie nam nowe pokolenie tłumaczy wyspecjalizowanych w tradycyjnych chińskich sztukach walki 🙂

Myślę, że to baishi (trzecie po tych z lat 2007 i 2012) przejdzie do historii jako całkiem udane.

06-13@21-12-15-93Może tylko szkoda, że nie pstryknęliśmy sobie  gruppen fotki.. prawdziwie gruppen..

06-13@21-12-22-417Jarozwierz też był :]]

Ngondeg

przed tablicą upamiętniającą mistrza Wu Binlou

Cytuję wiadomość, którą dostałem jakieś 3 godziny temu od Marka:

Dzisiaj uczestniczyłem w ciekawym wydarzeniu: pojechaliśmy wszyscy odwiedzić pomnik naszego Shiye Wu Binlou.  Usytuowany jest on na ładnym cmentarzu jakieś 50 km od centrum, u podnóża gór. Nie jest to miejsce pochówku Shiye, ale pomnik i tak okazały. Program na miejscu składał się z 2 punktów: najpierw oczywiście obowiązkowe fotografie w różnych konfiguracjach, potem wspólny trzykrotny ukłon.  A jako że zrobiło się późno, poszliśmy oczywiście jeść. .. Sam pomnik z jednej strony ma wyryte nazwisko Wu Binlou, a z drugiej opis zasług Mistrza oraz listę członków rodziny i spadkobierców stylu (mi też się udało tam dostać).

I zdjęcia z tej małej uroczystości (jeszcze ciepłe):

20141101_11535520141101_11495520141101_114520

Tylko pogratulować! Imię i nazwisko w towarzystwie innych chuanrenów na kamiennej tablicy, to już nie przelewki. Cieszy mnie to. Należało się Markowi. Mógłby tylko podać dokładny adres, żeby było wiadomo dokąd pielgrzymować.. Chyba, że to dodatkowy test na oddanie i poświęcenie. 😉

Ngondeg

P.S.

Mam tylko jedna małą uwagę. Jak już taka pompa, to mogli by te znaki kazać wyryć w starych formach, co by estymy dodać i by Japończycy, Koreańczycy i kto tam jeszcze pisma chińskiego używa mógł w pełni podziwiać..

 

 

 

Cui Linsheng – chuojiao z Li Xian

Paweł, nasz gnieźnieński brat podesłał.

To chuojiao jest mocno spokrewnione z naszym. W książce Liu Xuebo p.t. „Chuojiao huizong” Cui Linsheng jest wymieniony jako przedstawiciel piątej generacji stylu, tak jak i Hong Zhitian (co zgadza się patrząc z punktu hebejskiego chuojiao, którego jesteśmy odnogą – z naszej perspektywy Hong będzie czwartą, bo liczymy od Wei Changyi, którego przyjęliśmy za protoplastę lini; w razie czego zwalajcie na mnie :D), ale Cui się uczył Liu Jingshana, nie od Wu.

Cui

od prawej: Cui Linsheng, Liu Xuebo, Liu Zhenmin

Tu ciekawostka: jestem niemal pewien, że Hong mi dawno temu mówił, jak to jakiś wojujący uczeń Liu Jingshana szukał „kontaktu” z naszym mistrzem w latach siedemdziesiątych bodaj, jako najlepszym uczniem Wu Binloua. Z tego co pamiętam, do spotkania jednak nie doszło..

Ciekawi mnie, patrząc na klip poniżej, jak wyglądało chuojiao Wu, zwłaszcza zanim stał się samodzielnym nauczycielem w Pekinie. Być może było bliższe temu co pokazuje Cui, niż temu co widzimy u Hong Zhitiana, czy Marka dzisiaj. Kto wie..

Podoba mi się sposób, w jaki ten starszy już przecież człowiek się porusza. Swobodnie, bez wysiłku. Czy to włócznia, czy ręce i nogi.. Solidny trening i być może prosty tryb życia, który prowadzi też nie jest bez znaczenia, choć równie dobrze to drugie mogłoby mieć i odwrotny skutek, skoro wg jego słów przez jakiś czas żył w tak złych warunkach,  że zimą nie miał czym ogrzać domu i przez to mu aż skóra na stopach i dłoniach pękała..

Szkoda, że na klipie nie pokazano uderzeń palcami. Cui mówi, że tzw dłoń żelaznego piasku (tieshazhang) ćwiczy od kiedy miał 7-8 lat do osiemdziesiątki, czyli do momentu kręcenia filmu, jak mniemam. Wygląda na to, że ten filmik z YT, to część większego materiału. Może reszta z czasem wypłynie.

A katana, to prezent od japońskiego ucznia, nie jest to broń chuojiao. Jak zobaczyłem, miałem nadzieję, że posłuży jako substytut zhanjiana – tego naszego dwuręcznego mega pałasza, ale nie. 🙂

Ngondeg

Mandżurowie

Nie raz pisząc o naszym mistrzu wspominałem, że jest on Mandżurem, że Wu Binlou też, najprawdopodobniej, był Mandżurem. Cóż to znaczy? Obecnie w sumie niewiele, bo na dobrą sprawę naród mandżurski rozpuścił się niemal doszczętnie w żywiole chińskim. A był to naród zwycięzców, który pokonał Chiny ustanawiając zarazem ich ostatnią dynastię cesarską – Qing. Pochodzenie Mandżurów nie jest do końca jasne, tak jak i geneza samej nazwy. Przypuszczalnie są potomkami Dżurdżenów, którzy zresztą podobnie, tylko kilkaset lat wcześniej, władali sporą częścią Chin jako dynastia Jin.

nisan_saman

Szamanka Niszan

Ta duma z faktu bycia potomkiem wojowniczego ludu, który -samemu nielicznym będąc- był w stanie zawojować  i utrzymać w ryzach wielomilionowe państwo Hanów (etniczni Chińczycy) czasem przebija przez wypowiedzi Honga. Nic dziwnego – pochodzi od nich, a duch, który odziedziczył pasuje jak ulał do sznytu tradycyjnej szkoły walki. I ja nawet lubię te jego dywagacje na ten temat, tym bardziej, że nie ma w nich wywyższania się nad Chińczyków i brak w tym surfowania na fali bardziej sprzyjającego klimatu politycznego i mody na „stare”. Prędzej jest to manifestacja poczucia własnej wartości na zasadzie „ja też sroce spod ogona nie wypadłem”, choć w przypadku Mandżurów, to sroka czcią jest otaczana, i może nie spod ogona, ale protoplasta rodu Aisin Gioro sroce z dzioba wypadł był [pośrednio]. 😉 Hong pochodzi z rodziny arystokratycznej, ziemiańskiej, onegdaj majętnej, co może w naturalny sposób ułatwiać mu utożsamianie się ze swymi przodkami. Niemniej w moim i chyba w swoim własnym odczuciu jest bardziej Chińczykiem (Zhongguoren nie musi równać się Han) pochodzenia mandżurskiego niż Mandżurem. Nie zna przecież swego mandżurskiego nazwiska rodowego, nie mówi ani słowa po mandżursku.. Trzeba tu też zaznaczyć, że taki stan rzeczy nie jest wyjątkiem wśród współczesnych Mandżurów i wcale niekoniecznie jest wynikiem prześladowań po obu rewolucjach, a procesem wynaradawiania, który zaczął się znacznie wcześniej. Ponoć ostatni cesarz Qing, Puyi, umiał wypowiedzieć tylko jedno jedyne słowo w „ojczystym” języku. Było to „ili” – wstań, używane przezeń podczas audiencji..

lucznik

Mandżur czy nie, wolałbym nie drażnić 😉

No i tak.. Nie chcę tu się wdawać w jakiś przydługi wywód historyczny, bo za słaby jestem, ale ponieważ mam w dorobku okres nauki j. mandżurskiego u samego kongliangge zi profesora Jerzego Tulisowa, który wspominam z rozrzewnieniem niemal, to bardzo się ucieszyłem, jak ostatnio znalazłem ciekawe filmiki o próbach uratowania przed totalnym zapomnieniem języka mandżurskiego w Chinach, jak również filmiki z zarejestrowanym językiem Sibe, który tak naprawdę jest dialektem tego pierwszego.

ten jest po angielsku i nie za długi

Żeby nie było tak akademicko, dodam historyjkę z życia. Podczas pobytu mistrza w 2011 r., bodaj, wzięliśmy go z Jarozwierzem do knajpy „Lotos” przy Belwederskiej i specjalnie wziąłem dzień wolny od pracy w firmie z tej okazji. Jak już siedzieliśmy w tej restauracji czekając na jedzenie i rozmawiając z Hongiem, koleżanka z biura zaczęła wydzwaniać z jakimiś mało istotnymi sprawami, którymi można by się zająć bez angażowania mojej osoby, a ja musiałem przerwać zabawianie mistrza. Zabawianie sprowadza się co prawda głównie do słuchania jego niekończących się opowieści i wdychania hektolitrów dymu papierosowego, ale Hong jest przy tym uważny – nie można się zdekoncentrować, ani symulować, a przerywanie mu wątku przez jakieś tam telefony też nie jest szczególnie mile widziane. Toteż, gdy się wreszcie rozłączyłem, powiedziałem poirytowany coś mało pochlebnego o koleżance i dodałem -jako ciekawostkę- że jest ona Mandżurką. Niezbyt fortunne posunięcie, bo jak to? Mandżurka i coś nie tak? Trzeba się dopytać o wszystko i zbadać w czym rzecz. Może Ge Ande czegoś nie ogarnia. Z drugiej strony dobrze czasem wprowadzić nowy temat do rozmowy z mistrzem dla odświeżenia.  W każdym razie bardzo się zainteresował „krajanką”. A Karolina (takie ma polskie imię) nawet nie ma w paszporcie wbitego „Manzu” w rubryce narodowość, a zbożne „Han”. Niemniej jest świadoma swych korzeni. Wierzę na słowo. Wystarczy spojrzeć na buzię, zresztą całkiem niebrzydką, no i wiedzieć, że pochodzi z Daqing w Heilongjiangu, czyli tej najbardziej wysuniętej na północ  z trzech prowincji północno-wschodnich, zwanych Dongbei, a stanowiących tereny dawnej Mandżurii. Wszystko się zgadza. 🙂

gesi

okolice Daqing

BTW Karolina jest Mandżurką o złotym sercu -kiedy Wam koleżanka z pracy przyrządziła na poczekaniu i przyniosła do biurka gorący posiłek tylko dlatego, że zauważyła, że jesteście zmęczeni? ehhh.. – i pewnie niezasłużenie ją wtedy przed Hongiem obgadałem.. ale wojna.. :p

PIC00211.JPG

letnia rezydencja cesarzy mandżurskich

Czuję, że powinienem jeszcze napisać o tym, że Mandżurowie, w czasie gdy popędzili kota Mingom – sorry nanquanowcy 😉 – byli już całkiem ucywilizowaną nacją. Nie była to jakaś dzicz na wzór XIII wiecznych hord mongolskich. Ba, zanim wdarli się wgłąb Chin, od kilkudziesięciu lat mieli własne państwo oparte na chińskim wzorcu, ze stolicą w Mukdenie – obecnie Shenyang (Dongbei chuojiao tam ćwiczą!) – z zamieszkującymi je obywatelami narodowości Han. Oczywiście aniołkami też nie byli, a za apartheid, który zafundowali Chińczykom słusznie byli przez nich na długo znienawidzeni. Nie chciałbym zakończyć tak ponuro. Może więc uwieńczę wpis czymś, co Mandżurowie dobrego dali ludzkości, bo to że ktoś potrafi drugiemu rozwalić łeb cepem (ponoć cep bojowy należał do ulubionych broni konnicy mandżurskiej w XVII w.) to marny powód do podziwu. A zatem niech go ozdobi najfajniejszy chyba wynalazek mandżurski – qipao *znów zabrzmiało niebezpiecznie* 😉

qipao

pani w qipao

Ktokolwiek wpadł na pomysł ściągnięcia qipao, by bliżej ciała leżał i podciągnął ów gaoji rozpierdak aż po samo biodro, zasługuje na zaszczytne miejsce w historii przed wynalazcami czcionki drukarskiej i sosu sojowego, plus należy mu postawić słusznych rozmiarów stelę nagrobną, wspartą na majestatycznym żółwiu. Umesi yobo! 😉

Ngondeg

czwóreczka?

O ile mnie oczy nie mylą, to stary znajomy Andrew Gordon z Kanady – uczeń Wang Helinga 🙂

czwarta chuojiao

Z opisu wynika, że nagranie pochodzi z pokazu Pekińskiego Stowarzyszenia Badawczego Chuojiaofanzi w parku Ritan w lipcu (?) 2013 roku. Nasz mistrz z różnych względów się za bardzo do tamtego towarzystwa nie garnie, stąd nikogo od nas tam nie ma (poza tym nie wiem, czy jakichś uczniów aktywnych w Pekinie teraz Hong ma), ale Wang Heling, który też był uczniem Wu Binloua ma bodaj poprawne stosunki z Hong Zhitianem.

Zresztą nieważne, grunt, że wykonanie jest bardzo dobre. Widać różnice. Jakby ciutkę inna shenfa (praca ciałem) tu była i ruchy czasem nie całkiem jak u nas (końcówka na przykład), ale dynamika i szybkość ładna. Zwłaszcza szybkość kopnięć imponująca. I podoba mi się, że mandarynki nie kończą się na górze, a idą całą parą w dół. Pozostałych też warto sobie obejrzeć, jak wyskoczą w polecanych. Np formę z fają.. Podejrzewam, że poza uczniami Wanga pewnie ludzie od nieżyjącego już od 2 lat Liu Xuebo tam byli. Sporo dzieciaków ćwiczy, kurcze.. Pozazdrościć..

Kiedyś Andrew pisał mi, że czytuje, a raczej przegląda tego bloga. Mam nadzieję, że wciąż mu się zdarza..

Cheers, Andrew! 😉

Ngondeg

Zhang Dawei promuje swoje nowe książki

Wyrzuciło mi na google’u, że Zhang Dawei – shixiong Hong Zhitiana – wydał właśnie 2 książki swego autorstwa.

image

Zhang Dawei

Wulin congtan (武林丛谈) i Wulin zhanggu (武林掌故). W wolnym tłumaczeniu są to odpowiednio: Zbiór rozważań o Wulin i Anegdoty Wulin.

Wulin opisywane w tych książkach ma być światkiem s.w. głównie północnych Chin na przestrzeni ok. 100 lat – od lat ’50 wieku XIX do lat ’50 wieku XX. Pierwsza ma przybliżyć prawdziwy obraz tego specyficznego środowiska przez opis  panujących w nim zwyczajów, relacji, etykiety, żargonu itp rzeczy. Druga, to po prostu zbiór ciekawych opowieści. Autor uprzedza, że choć całość emanuje pozytywną energią i nie ma tam raczej historii, które mogłyby położyć cień na postacie żyjących dziś jeszcze, bądź nieżyjących już mistrzów, czy spowodować jakieś embarassement i odnowić stare waśnie, tym niemniej starał się zbytnio nie cukierkować i uczciwie podejść do tematu. Jak wyszło nie wiem, bo raz, że książek tych w ręku nie miałem, a dwa, że sam nie znam zbyt dużo opowieści Wulin, aby móc je skonfrontować. 🙂 Myślę, że jakichś sensacyjnych, o wchodzeniu po pijaku do mieszkania sąsiadki nie ma się co spodziewać. 😉

Z naszego punktu widzenia najciekawsze będą opowieści dotyczące Wu Binlou. Zhang Dawei był jego zaufanym uczniem, który pomagał mistrzowi m.in. w porządkowania naszych stylowych quanpu i na pewno sporo widział i słyszał. Wyczytałem, że Zhang starał się równo obdzielić w książce różne style i szkoły walki, więc nie sądzę, żeby było tych o chuojiao szczególnie dużo, ale tez nie wyobrażam sobie, żeby nic nie napisał. Może uda mi się przez znajomych ściągnąć tę zwłaszcza książkę. 🙂

Ngondeg

Pieczęć i sygnet naszego Shitai

Tym razem będzie rarytas. Marek dostarczył zdjęcia sygnetu należącego do Wu Binloua oraz pieczęci założonego przez niego w 1935 roku stowarzyszenia o nazwie: Yi Lin Guoshu Yanjiu She (w tłum.: Yilin – Stowarzyszenie Badań nad Chińskimi Sztukami Walki), które istniało do 1949 r.

Wu Binlou

Mistrz Wu w czarnym stroju pośrodku

A to zdjęcia pieczęci od Marka:

Pieczec

pieczęć jest wykonana z jakiegoś kamienia

sygnet

pierścień opatrzony pieczęcią o treści: 吳斌樓 [Wu Binlou]

yin

odciski obu pieczęci

Pełna treść pieczęci Stowarzyszenia, to (o ile dobrze rozczytuję ostatnie dwa znaki): Yilin – Guoshu Yanjiu She Tuji (藝林國術研究社圖記), gdzie tuji, to pieczęć swym charakterem zbliżona do ekslibrisu w zasadzie, a Yilin,  to dosłownie Las Sztuk, który to termin można tłumaczyć jako kręgi artystyczne, mnogość sztuk pięknych wszelakich, jak i miejsce przechowywania dzieł sztuki. Ja w moim tłumaczeniu zastosowałem się do zasady nieżyjącego już prof. Chmielewskiego, polskiego sinologa, który uważał, że niektóre nazwy chińskie najlepiej pozostawić w brzmieniu oryginalnym, gdyż po przetłumaczeniu na nasz język częstokroć brzmią śmiesznie lub pokracznie. Choć Las Sztuk nie brzmi w sumie tak źle, może tylko trochę dziwnie. Sam nie wiem.. 🙂

Tak na marginesie, to sama sztuka wyrabiania tradycyjnych pieczęci zasługuje na godne miejsce pośród sztuk Yilin.

A wracając do Wulin, czyli Lasu Sztuk Walki, na pewno te przedmioty mają olbrzymią wagę dla naszego mistrza i są swego rodzaju potwierdzeniem jego legitymizacji jako spadkobiercy spuścizny Wu Binloua. Ostatecznie, jak pekińska wieść niesie: „jeśli chcesz uczyć się tego, co miał Wu Binlou, udaj się do Małego Honga”. 🙂

Ngondeg

P.S. przypomniałem sobie, że ja też mam swoją, niezgorszą pieczęć chińską. Może nie jest tak gaoji, ale za jakieś 100 lat będzie miała swoją wartość. Tymczasem mam zamiar zacząć jej używać na walnych zebraniach naszego stowarzyszenia. 😉