Ślimaki na szlaku Białego Żurawia

Nie, nie doświadczamy z Asią problemów z tożsamością większych niż zwykle. Po prostu wyjątkowo- a raczej bardziej dzięki uporowi Asi niż mnie- nie spóźniliśmy się na sztuko-walkowe wydarzenie w minioną niedzielę (25 września A.D. 2022), na które zostaliśmy zaproszeni przez KO- naszego niestrudzonego towarzysza na ścieżce mocy. 😉 Tym wydarzeniem było seminarium / warsztat Białego Żurawia z Fujian poprowadzony przez dawnego shifu Asi, Rafała Szulkowskiego z trójmiejskiej filii YMAA.

reklama profesjonalna – papier z recyklingu

Wydarzenie dosłownie wisiało na włosku, albowiem ojcowie chrzestni bostońskiej mafii zagrozili KO obcięciem… (pensji?), o ile nie rozwiąże problemu w ciągu 48 godzin. 😁
Na szczęście KO okazał się być poza jurysdykcją bostońskiej ośmiornicy, więc krew się nie polała. Cóż, ta sytuacja to chyba temat na odrębny tekst i przyczynek do refleksji nt. specyfiki dużych organizacji w środowisku wulin. Wracając do meritum: gdybym nie ćwiczył już chuojiaofanzi, to z entuzjazmem podjąłbym praktykę Białego Żurawia, albowiem jego specyfika ruchów baaardzo mi przypadła do gustu- płynność ruchów, która z jednej strony przyjemnie uelastycznia piersiowy odcinek kręgosłupa i upłynnia oddech, a którą z drugiej strony można bardzo gwałtownie i naturalnie przekształcić w dynamiczne i szybkie techniki. 
Duża w też zasługa prowadzącego- Rafała, albowiem formuła seminarium okazała się wciągająca i satysfakcjonująca chyba dla wszystkich. Najpierw wspólna rozgrzewka, potem- kolejno: postawy i techniki ręczne w miejscu, poruszanie się, techniki ręczne w ruchu a finalnie- „wolna amerykanka”, czyli wszystkie poznane techniki wykonywane w ruchu, w różnych kierunkach ze zmienną prędkością. Nie zabrakło też delikatnego testowania bazowych zastosowań technik. Żurawi(n)owa shenfa Rafała też mi zaimponowała- cechowało ją wszystko to, co cieszy oko obserwatora: płynność, szybkość i dynamika oraz stabilność postaw i ruchów. Jakby co, to dysponuję nagraniem formy w wykonaniu Rafała, ale nie publikuję z obawy przed krwawą omertą bostońskiej mafii. 😜

Równe szeregi adeptów niczym w przyzwoitym wushu dojo z lat 80-ch. Tylko kadr trochę krzywy 😉

A w ramach wisienki na torcie (a może deseru po głównym daniu) wszyscy otrzymali certyfikaty uczestnictwa w warsztacie zaprojektowane przez KO w jego pokoju herbacianym. 

Papieren mit schoenem, weißerem Kranich

Asia i ja zostaliśmy nagrodzeni podwójnie, gdyż dostąpiliśmy łaski wizyty w herbacianej komnacie KO, gdzie KO przywołał ducha generała Guan i nie pozwolił nam jej opuścić, dopóki nie ujrzeliśmy dna imbryka.

Pradawna, śmiercionośna technika: Generał Guan poi gości herbatą

Generalnie, choć słoneczna aura kusiła mnie otwartą przestrzenią i zniechęcała do praktyki w zamkniętym pomieszczeniu, to zdecydowanie nie żałuję tych niespełna trzech godzin. Z łezką w oku przypomniałem sobie warsztat / seminarium tongbei xinyi quan, w którym uczestniczyliśmy z Asią kilka lat temu, w trochę bardziej beztroskiej epoce.

Adaś alias (Ch)Ytry Guan

P.S.: Gwoli wyjaśnień terminologicznych: warsztat służy rozwojowi tężyzny fizycznej, a seminarium – siły duchowej. Definicje oczywiście encyklopedyczne. 😉

Czy Naadam się na wojownika?

Chciałbym móc napisać, że żelazny trzon Bractwa Chuojiaofanzi rozgromił podczas Festiwalu Kultury Mongolskiej w Skierniewicach doborowych mongolskich łuczników wystawionych w turnieju łuczniczym. Że kobiety na trybunach jęczały w uznaniu naszych umiejętności a przeciwnicy klękali przed nami ze łzami w oczach. Że ambasadorowi Mongolii w Polsce brakowało słów, gdy nakładał złote medale na nasze karki.

A. tuż po nadaniu honorowego tytułu Гүнж :]

Chciałbym, ale z czystym sumieniem, jako uczciwy Gall Anonim nie mogę. 😁 Albowiem nie dość, że- z uwagi na kolejowy chaos-spóźniliśmy się na rozpoczęcie turnieju, to w dodatku nawet łuków z pokrowców nie wyciągnęliśmy. Nie wspominając o tym, że dumnym kaczkom-mandarynkom kupry od deszczu zamokły. 🤣

A było to tak: 28 maja, w Skierniewicach, w Muzeum Historycznym odbył się festiwal kultury mongolskiej z okazji rocznicy nawiązania stosunków Polska-Mongolia (o czym donosił korespondent Radia Wolne Bakalao). Ponieważ jego elementem miał być turniej łuczniczy, Asia, KO i ja spakowaliśmy łuki (Asia- lustrzankę), aby w sobotni poranek ruszyć do miasta, gdzie Wokulski z „Lalki” odzyskał chęć życia. Właściwie tylko KO dochował wierności konfucjańskiej dyscyplinie i odbył podróż zgodnie z planem, albowiem Asia i ja wpadliśmy w „kolejowy piąty wymiar”, skutkiem czego trafiliśmy na miejsce wydarzeń już po rozpoczęciu turnieju łuczniczego. Na miejscu uścisnęliśmy jedynie prawicę Andrzejowi z Zielonego Vana (prawdziwa tożsamość znana redakcji ;), rzuciliśmy okiem znawców na cele łucznicze oraz połknęliśmy łakomie kawałki mongolskiego piwnego masła z rodzynkami. Napotkaliśmy też Dasha-  aktywnego członka społeczności mongolskiej w Polsce, który nie dość że ma status łuczniczego mistrza (nie wiem, jakie warunki trzeba spełnić, aby go uzyskać), to pomagał Asi- jako masażysta i terapeuta manualny- w łagodzeniu problemów z barkiem.

mistrz bicza, który oręża nadaremno nie dobywa

O ile turniej łuczniczy odbywający się na skraju ogrodu muzeum przypominał trochę siekierkowskie, przyjacielskie zmagania łucznicze w niewielkim gronie, o tyle centrum wydarzeń były chyba bezapelacyjnie zapaśnicze zawody. Mam wrażenie, że poza Dashem w turnieju łuczniczym brali udział tylko Polacy, natomiast w zmaganiach zapaśniczych- wyłącznie Mongołowie (ot, tajemnica kulisów organizacji zawodów). Przyznaję, że pomimo że nie ciągnęło mnie raczej do tego typu systemów walki, to uczestnicy zawodów mi zaimponowali- nic sobie nie robili z wychładzającego wiatru i śliskiej trawy oraz nie oszczędzali się podczas pojedynków. Nic dziwnego, że każdy z nich był ozdobiony sińcami i pręgami.
Ciekawym i rzucającym się w oczy akcentem jest taniec orła, który wykonuje się przed rozpoczęciem walki i po jej zakończeniu, który trochę przypomina mi nasze feibu. Ale na tym i..

zastosowanie pierwszego ruchu form chuojiao ;p

..tym „xieshen aobu”!! podobieństwa mongolskich zapasów i chuojiaofanzi się kończą. Te pierwsze ćwiczą wyłącznie twardzi wojownicy mongolskich stepów, a to drugie- wyłącznie stołeczne mięczaki. 😉

Aurę mamy tam, gdzie słońce nie dochodzi

Zmoknięte kaczki-mandarynki zostały na szczęście nakarmione cieplutkimi i chrupiącymi chuuszuur z warzywnym nadzieniem, z odrobiną białego sezamu i kapką sosu sojowego. Nie tylko my je doceniliśmy, bo głodne hordy szturmujące malutką mongolską pierogarnię na kółkach okazały się trudne do odparcia.

festiwalowe menu

Ku mojemu zaskoczeniu, pomimo wietrzno-deszczowej aury frekwencja na festiwalu dopisała, a co więcej- na otaczających nas licach gości dostrzegałem raczej uśmiechy i szczere zainteresowanie. Kulminacją tego zbiorowego stanu ducha był wspólny taniec, który przypominał rytuał odstraszania ulewnych chmur. Wprawdzie te nie ustąpiły, ale też nie zdołały położyć kresu imprezie. 😊

ludzie deszczu

Powiem szczerze: pomimo kolejowo-pogodowych niedogodności oraz bezczynności łuczniczej absolutnie nie żałuję tej wyprawy. Nawet zostałbym dłużej, aby wysłuchać wykładu czy obejrzeć wystawę malarstwa, ale Hetman Polowy z Targówka, widząc stalowo-szare niebo, przytomnie dał znak do odwrotu.

Hetman Polowy i jego chorągiew

Tuż przed rubieżami Warszawy groteska kolejowa ponownie objawiła nam swe oblicze, ale nawet ona nie była w stanie popsuć nam dobrych humorów. Mongolski duch okazał się ze wszech miar przyjazny. 😊

AA ze Starym Wo

Adaś

Dwadzieścia lat minęło…

No, może nie jak jeden dzień, raczej jak z bicza strzelił. 😉

Nieprzekupny władca czasu, czczony przez ludy Słowiańszczyzny, zwykle przedstawiany w ikonografii z biczem

Dwadzieścia lat temu, 12 kwietnia AD 2002, około 18:00 miałem okazję wkroczyć do historycznie drugiego dojo Bractwa Chuojiaofanziquan przy ul. Zwycięzców w Warszawie i po raz pierwszy w życiu uścisnąć dłoń Sifu Klajdzie, a następnie poprosić go o nauki. Śmieszne, bo gdy przybyłem, na sali był tylko Andrzej, którego wziąłem omyłkowo za Marka (gdyby Andrzej wtedy przywłaszczył sobie chytrze tożsamość Marka, wytworzyłaby się alternatywna wersja Wszechświata, w której wszystko byłoby… trochę inne 😆)

Nie umiem streścić sensownie tych dwudziestu lat praktyki i chyba nawet nie mam szczególnej potrzeby, żeby to czynić. Bez wątpienia przez te dwie dekady raczej dopasowywałem inne aspekty mego życia do treningów niż odwrotnie- po prostu wspólne treningi uznawałem za ważniejsze niż kolejne służbowe e-maile, dokumenty i spotkania albo clubbing wieczorową porą. A gdy pojawiała się przeszkoda na drodze do treningu, wywoływało to u mnie uzasadnioną frustrację. Ba, nawet laski wyrywałem tylko w najbliższym środowisku treningowym (i nie żałuję ani odrobiny- w końcu tylko niegrzeczne dziewczynki ćwiczą chuojiaofanzi. 😈)

No i miałem niepowtarzalną okazję poznać i obserwować wszystkich nieszablonowych ludzi, którzy się przewinęli przez naszą sekcję (sektę?) przez te dwie dekady. Generalnie, bez dobrego towarzystwa ta praktyka miałaby znacznie gorszy smak. 😊

Adaś

P.S.: Z wpisem oczekiwałem na powrót Shifu Klajdy, aby wręczyć mu mały jubileuszowy prezent i cyknąć wspólną fotkę- w końcu Internet obrazami żyje. Na 50-tą rocznicę pewnie zrobimy sobie futurystyczną holo-fotografię z użyciem opcji uszlachetniania zmarszczek. 😆

Trzy dojo

Jak tu udokumentować zdjęciami czy filmikami nasze praktyki treningowe na Polu Mokotowskim, skoro wokół ciemność, że oko wykol? Ale na szczęście to już przeszłość, albowiem nastała epoka światła. 😀

Tak, przesunięcie wskazówek zegara (dobra- w smartfonie się nie da) o godzinę robi wielką różnicę. Dzięki temu rozpoczynamy nasze treningi w świetle dnia, a podczas yijinjingu kontemplujemy nieśmiały zalążek zachodu słońca. Jest nie tylko przyjemniej, ale i praktyczniej:

– shifu Klajda (choć ponoć Sowa) lepiej nas widzi w świetle dnia (i jest w stanie skuteczniej nas korygować), 

– tudi w tym samym czasie ćwiczą to samo kopnięcie (co nie zawsze stanowi, niestety, regułę po zmroku 😈). 

Sezon jesienno-zimowy spędzamy na terytorium opodal Biblioteki Narodowej, gdzie unosi się duch zlikwidowanej przed laty Samiry a ścięta topola służy nam jak szafka treningowa (czyli w dojo topolowym). Natomiast po zmianie czasu na letni zwykle dokonujemy transferu bliżej środka Pola, czyli pod mirabelkę lub śliwę (dojo owocowe).

Ale- jak przystało na zamożną sekcję (sektę?) mamy też trzecią aulę treningową… sekwojową. Otóż kilka tygodni temu, w porze naszego treningu rozpoczęły się prace wykopaliskowe i to z taką mocą, jakby między urzędników miejskich poszła fama, że pod Polem Mokotowskim drzemią nieprzebrane złoża ropy naftowej (gdyby nagle trysnął w niebo strumień ropy a Pole obrosło szybami naftowymi, to niezwłocznie bym się zakatrupił własnym yuanyangtui😨). A ponieważ warkot maszyny (której Brat Ryszard nadał pieszczotliwe miano „wkurwiarki”) zagłuszał nawet donośny głos Shifu Klajdy, przeto podkuliliśmy ogony pod siebie i ruszyliśmy do sektora bliższego Trasie Łazienkowskiej, do którego w ubiegłe lato relokowano sekwoje z Placu Europejskiego. 

Po tegorocznych Świętach Wielkanocnych, 26 kwietnia oficjalnie otworzymy wrota dojo owocowego. Ale wpierw shifu Klajda musi wyprzedać zapasy mięsa na dalekiej placówce w Gorzowie. 😉

Adaś

P.S.: W okolicy topolowego dojo widywano ostatnio lokalnego demona pogody, poszukującego czarnego labradora w jasne plamy, który ćwiczącym yijinjing zadaje kontrolne pytanie. Jeśli odpowiedź nie jest satysfakcjonująca, oj… cichą klątwą może obłożyć. A wtedy wicher może zawiać i ludziom języki poplątać. Nie ma co ryzykować…😦

[nieoficjalny] powrót na Skrę

Oficjalny nie jest obecnie możliwy nawet gdyby Marek i reszta grupy wyraziła taką, wolę, jako że Ośrodek Sportowy „Wawelska” (tak to teraz się nazywa) jest otwarty tylko do zmierzchu. Nawet nie wiadomo czy chodzi o zmierzch cywilny, czy nautyczny ;]

Jest naprawdę przyjemnie, póki co, a z wydłużaniem się dnia i jego ocieplaniem będzie coraz przyjemniej. Dlatego zachęcam wszystkich kungfiarzy (taichi included) i innych martial artistów, żeby przychodzili ćwiczyć zanim opanują to miejsce psiarze ;[]

AA ćwiczą sobie qinnę

Peace!

Ngondeg

Rok Tygrysa: 虎-jowy czy przełomowy?

Zobaczy się ;]

Wszystkiego najlepszego! Do indonezyjskich kolan dodajcie jeszcze tygrysie serca i pazury [czyli qishi;]

Swoją drogą skonstatowaliśmy z Adasiem, że musiało upłynąć równo 12 lat byśmy mogli oglądać tygrysioroczne komunikaty na autobusowych monitorkach w Warszawie. Znak cywilizacji. Z drugiej strony mniej upłynąć nie mogło ;]

Ngondeg

„Czy mogę wyprowadzić poczet sztandarowy?”

(…) „Słowa te dobyły się z ust mężnego Sir Christopha, który głowę niejednego mistrza ściął bez mrugnięcia okiem. Na co Sir Richard o kolanach ze stali zreplikował, że wszak wyprowadza się sztandar, a nie poczet. Zadumali się tedy rycerze a dłonie ich złączyły podczas październikowej pełni A.D. 2021, by wysłużone bractwo rozwiązać.” („Legenda o Wojownikach Okrągłego Księżyca” – apokryf z XXI w.).

Tajne obrady kapituły


19 października Roku Wyzwolonej Pandy, gdy xiężyc dumnie odsłonił swe syte i blade oblicze na nieboskłonie, podjęliśmy zatem jednomyślnie decyzję o rozwiązaniu Polskiego Stowarzyszenia Sztuk Walki „Hongshi Fanzi”.
Był to dopiero pierwszy krok stowarzyszenia w kierunku cywilnoprawnej nicości. Czekało nas jeszcze trochę formalności, ale 14 stycznia 2022 r. stowarzyszenie oddaliło się bezpowrotnie do krainy pogrzebanych inicjatyw i niespełnionych nadziei. Niespełnionych, albowiem miało nam ułatwić wynajmowanie sali gimnastycznej na potrzeby treningów tudzież występowanie o wizę dla mistrza Hong Zhitiana. Ale okazało się, że wynajmować salę możemy, nawet nie mając stowarzyszenia (a z uwagi na wysokie ceny wszystkiego w okresie jesienno-zimowym praktykujemy w nie zawsze gościnnym plenerze Pola Mokotowskiego). Mistrza natomiast… chyba nieprędko będzie dane nam zaprosić i oglądać. 
Z drugiej strony stowarzyszenie dostarczyło nam porcję biurokracji przejawiającej się w konieczności zwoływania zebrań oraz mnożeniu sezonowych uchwał i protokołów. Dopełnienie procedur likwidacyjnych wymagało od jednego z likwidatorów kilkakrotnej wspinaczki na 11-ty poziom PeKiN-u (nomen omen).

Na szczęście tą fazę rozwoju mamy już za sobą. Szafa z dokumentami zamknęła się w trzaskiem a pieczęć bractwa została komisyjnie pogrzebana. 😉

W kwestii praktyki chuojiaofanzi na szczęście nic się nie zmienia- nadal będziemy terminować dwa razy w tygodniu pod czujnym, sowim okiem Sifu Klajdy. 😊


Adaś (likwidator)

Khut-chhek (屈膝)

Dla tych, co myśleli, że nasze ropusze skoki są zbyt demanding.. ;]

Ponieważ w tym roku nie składałem życzeń świątecznych, a jesteśmy już całkiem blisko chunjie, życzę wszystkim w tym roku woli silnej, jak indonezyjskie kolana. Ciężko powiedzieć „nieugiętej” -jak na to ponownie patrzę- ale na pewno niezłomnej 😉

Ngondeg

Akolici syberyjskiej szamanki

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie?

[Adam Mickiewicz „Dziady”- cz. II]

Ano będzie jesień, a potem zima, zapowiedziane przez nieubłagannego emisariusza o imieniu Ciemność. Ów wysłannik tych dwóch pór roku zdążył nam już zaleźć za skórę, że wczoraj wieczorem Sifu Klajda dał znak, byśmy oddalili się w kierunku światła, czyli na dojo jesienno-zimowe nieopodal ogrodzenia Biblioteki Narodowej. Nie napotkało to sprzeciwu w grupie- może i światło duchowe jest cenne, ale mało praktyczne. 😈 Tutaj „dziady” (i jedna baba) będą odprawiać w mroku pogańskie rytuały aż do wiosny. W sumie wpisujemy się po trochu i w ludowe wizje wspomnianego wieszcza, i w jakieś animistyczne kulty, skoro uprawiamy kult Sowy, mamy w grupie rysia i kota, a niekiedy odwiedza nas para farbowanych lisów. 😁

[dojo jesienno-zimowe o zmroku]

Skąd tytuł wpisu? Otóż Sifu Klajda podczas niedawnego warsztatu pracy z ruchem (oporu 😉 w Gruzji miał okazję praktykować pod okiem i skrzydłami… syberyjskiej szamanki. 😮 (Dla mnie brzmi egzotycznie, choć bardziej prawdopodobne, że w najbliższej dekadzie szczytem egzotyki będzie dla mnie praktyka sztuki zniewalania klienta u Wietnamek z Bakalarskiej 😉). Marek zaordynował nam jedno z ćwiczeń wspomnianej szamanki- jedna osoba zamyka oczy i kieruje uwagę do środka, a druga prowadzi ją powoli, zmieniając kierunki. Gdy przewodnik się zatrzymuje, osoba prowadzona otwiera oczy i bada swe odczucia. Może tak rodziły się podwaliny tuishou, kto wie? Osobiście raczej nie odnajduję się w tego typu ćwiczeniach- po prostu takie uwalnianie umysłu i obserwacja wnętrza raczej mnie nuży i przytłacza, zatem wolę praktyki bardziej angażujące somę niż psyche. Może kiedyś dojrzeję do tego typu ćwiczeń.

A tyczasem: żegnaj do maja dorodna Mirabell- obyś w przyszłym roku nakarmiła nas równie hojnie jak w tym! Nim wrócą dni długie i ciepłe wieczory porzucamy Cię tymczasowo dla niewzruszonej, powalonej topoli.

[Powyższe spisane pazurem kulawego kota]

red. Adaś