Czy Naadam się na wojownika?

Chciałbym móc napisać, że żelazny trzon Bractwa Chuojiaofanzi rozgromił podczas Festiwalu Kultury Mongolskiej w Skierniewicach doborowych mongolskich łuczników wystawionych w turnieju łuczniczym. Że kobiety na trybunach jęczały w uznaniu naszych umiejętności a przeciwnicy klękali przed nami ze łzami w oczach. Że ambasadorowi Mongolii w Polsce brakowało słów, gdy nakładał złote medale na nasze karki.

A. tuż po nadaniu honorowego tytułu Гүнж :]

Chciałbym, ale z czystym sumieniem, jako uczciwy Gall Anonim nie mogę. 😁 Albowiem nie dość, że- z uwagi na kolejowy chaos-spóźniliśmy się na rozpoczęcie turnieju, to w dodatku nawet łuków z pokrowców nie wyciągnęliśmy. Nie wspominając o tym, że dumnym kaczkom-mandarynkom kupry od deszczu zamokły. 🤣

A było to tak: 28 maja, w Skierniewicach, w Muzeum Historycznym odbył się festiwal kultury mongolskiej z okazji rocznicy nawiązania stosunków Polska-Mongolia (o czym donosił korespondent Radia Wolne Bakalao). Ponieważ jego elementem miał być turniej łuczniczy, Asia, KO i ja spakowaliśmy łuki (Asia- lustrzankę), aby w sobotni poranek ruszyć do miasta, gdzie Wokulski z „Lalki” odzyskał chęć życia. Właściwie tylko KO dochował wierności konfucjańskiej dyscyplinie i odbył podróż zgodnie z planem, albowiem Asia i ja wpadliśmy w „kolejowy piąty wymiar”, skutkiem czego trafiliśmy na miejsce wydarzeń już po rozpoczęciu turnieju łuczniczego. Na miejscu uścisnęliśmy jedynie prawicę Andrzejowi z Zielonego Vana (prawdziwa tożsamość znana redakcji ;), rzuciliśmy okiem znawców na cele łucznicze oraz połknęliśmy łakomie kawałki mongolskiego piwnego masła z rodzynkami. Napotkaliśmy też Dasha-  aktywnego członka społeczności mongolskiej w Polsce, który nie dość że ma status łuczniczego mistrza (nie wiem, jakie warunki trzeba spełnić, aby go uzyskać), to pomagał Asi- jako masażysta i terapeuta manualny- w łagodzeniu problemów z barkiem.

mistrz bicza, który oręża nadaremno nie dobywa

O ile turniej łuczniczy odbywający się na skraju ogrodu muzeum przypominał trochę siekierkowskie, przyjacielskie zmagania łucznicze w niewielkim gronie, o tyle centrum wydarzeń były chyba bezapelacyjnie zapaśnicze zawody. Mam wrażenie, że poza Dashem w turnieju łuczniczym brali udział tylko Polacy, natomiast w zmaganiach zapaśniczych- wyłącznie Mongołowie (ot, tajemnica kulisów organizacji zawodów). Przyznaję, że pomimo że nie ciągnęło mnie raczej do tego typu systemów walki, to uczestnicy zawodów mi zaimponowali- nic sobie nie robili z wychładzającego wiatru i śliskiej trawy oraz nie oszczędzali się podczas pojedynków. Nic dziwnego, że każdy z nich był ozdobiony sińcami i pręgami.
Ciekawym i rzucającym się w oczy akcentem jest taniec orła, który wykonuje się przed rozpoczęciem walki i po jej zakończeniu, który trochę przypomina mi nasze feibu. Ale na tym i..

zastosowanie pierwszego ruchu form chuojiao ;p

..tym „xieshen aobu”!! podobieństwa mongolskich zapasów i chuojiaofanzi się kończą. Te pierwsze ćwiczą wyłącznie twardzi wojownicy mongolskich stepów, a to drugie- wyłącznie stołeczne mięczaki. 😉

Aurę mamy tam, gdzie słońce nie dochodzi

Zmoknięte kaczki-mandarynki zostały na szczęście nakarmione cieplutkimi i chrupiącymi chuuszuur z warzywnym nadzieniem, z odrobiną białego sezamu i kapką sosu sojowego. Nie tylko my je doceniliśmy, bo głodne hordy szturmujące malutką mongolską pierogarnię na kółkach okazały się trudne do odparcia.

festiwalowe menu

Ku mojemu zaskoczeniu, pomimo wietrzno-deszczowej aury frekwencja na festiwalu dopisała, a co więcej- na otaczających nas licach gości dostrzegałem raczej uśmiechy i szczere zainteresowanie. Kulminacją tego zbiorowego stanu ducha był wspólny taniec, który przypominał rytuał odstraszania ulewnych chmur. Wprawdzie te nie ustąpiły, ale też nie zdołały położyć kresu imprezie. 😊

ludzie deszczu

Powiem szczerze: pomimo kolejowo-pogodowych niedogodności oraz bezczynności łuczniczej absolutnie nie żałuję tej wyprawy. Nawet zostałbym dłużej, aby wysłuchać wykładu czy obejrzeć wystawę malarstwa, ale Hetman Polowy z Targówka, widząc stalowo-szare niebo, przytomnie dał znak do odwrotu.

Hetman Polowy i jego chorągiew

Tuż przed rubieżami Warszawy groteska kolejowa ponownie objawiła nam swe oblicze, ale nawet ona nie była w stanie popsuć nam dobrych humorów. Mongolski duch okazał się ze wszech miar przyjazny. 😊

AA ze Starym Wo

Adaś

Dwadzieścia lat minęło…

No, może nie jak jeden dzień, raczej jak z bicza strzelił. 😉

Nieprzekupny władca czasu, czczony przez ludy Słowiańszczyzny, zwykle przedstawiany w ikonografii z biczem

Dwadzieścia lat temu, 12 kwietnia AD 2002, około 18:00 miałem okazję wkroczyć do historycznie drugiego dojo Bractwa Chuojiaofanziquan przy ul. Zwycięzców w Warszawie i po raz pierwszy w życiu uścisnąć dłoń Sifu Klajdzie, a następnie poprosić go o nauki. Śmieszne, bo gdy przybyłem, na sali był tylko Andrzej, którego wziąłem omyłkowo za Marka (gdyby Andrzej wtedy przywłaszczył sobie chytrze tożsamość Marka, wytworzyłaby się alternatywna wersja Wszechświata, w której wszystko byłoby… trochę inne 😆)

Nie umiem streścić sensownie tych dwudziestu lat praktyki i chyba nawet nie mam szczególnej potrzeby, żeby to czynić. Bez wątpienia przez te dwie dekady raczej dopasowywałem inne aspekty mego życia do treningów niż odwrotnie- po prostu wspólne treningi uznawałem za ważniejsze niż kolejne służbowe e-maile, dokumenty i spotkania albo clubbing wieczorową porą. A gdy pojawiała się przeszkoda na drodze do treningu, wywoływało to u mnie uzasadnioną frustrację. Ba, nawet laski wyrywałem tylko w najbliższym środowisku treningowym (i nie żałuję ani odrobiny- w końcu tylko niegrzeczne dziewczynki ćwiczą chuojiaofanzi. 😈)

No i miałem niepowtarzalną okazję poznać i obserwować wszystkich nieszablonowych ludzi, którzy się przewinęli przez naszą sekcję (sektę?) przez te dwie dekady. Generalnie, bez dobrego towarzystwa ta praktyka miałaby znacznie gorszy smak. 😊

Adaś

P.S.: Z wpisem oczekiwałem na powrót Shifu Klajdy, aby wręczyć mu mały jubileuszowy prezent i cyknąć wspólną fotkę- w końcu Internet obrazami żyje. Na 50-tą rocznicę pewnie zrobimy sobie futurystyczną holo-fotografię z użyciem opcji uszlachetniania zmarszczek. 😆

Trzy dojo

Jak tu udokumentować zdjęciami czy filmikami nasze praktyki treningowe na Polu Mokotowskim, skoro wokół ciemność, że oko wykol? Ale na szczęście to już przeszłość, albowiem nastała epoka światła. 😀

Tak, przesunięcie wskazówek zegara (dobra- w smartfonie się nie da) o godzinę robi wielką różnicę. Dzięki temu rozpoczynamy nasze treningi w świetle dnia, a podczas yijinjingu kontemplujemy nieśmiały zalążek zachodu słońca. Jest nie tylko przyjemniej, ale i praktyczniej:

– shifu Klajda (choć ponoć Sowa) lepiej nas widzi w świetle dnia (i jest w stanie skuteczniej nas korygować), 

– tudi w tym samym czasie ćwiczą to samo kopnięcie (co nie zawsze stanowi, niestety, regułę po zmroku 😈). 

Sezon jesienno-zimowy spędzamy na terytorium opodal Biblioteki Narodowej, gdzie unosi się duch zlikwidowanej przed laty Samiry a ścięta topola służy nam jak szafka treningowa (czyli w dojo topolowym). Natomiast po zmianie czasu na letni zwykle dokonujemy transferu bliżej środka Pola, czyli pod mirabelkę lub śliwę (dojo owocowe).

Ale- jak przystało na zamożną sekcję (sektę?) mamy też trzecią aulę treningową… sekwojową. Otóż kilka tygodni temu, w porze naszego treningu rozpoczęły się prace wykopaliskowe i to z taką mocą, jakby między urzędników miejskich poszła fama, że pod Polem Mokotowskim drzemią nieprzebrane złoża ropy naftowej (gdyby nagle trysnął w niebo strumień ropy a Pole obrosło szybami naftowymi, to niezwłocznie bym się zakatrupił własnym yuanyangtui😨). A ponieważ warkot maszyny (której Brat Ryszard nadał pieszczotliwe miano „wkurwiarki”) zagłuszał nawet donośny głos Shifu Klajdy, przeto podkuliliśmy ogony pod siebie i ruszyliśmy do sektora bliższego Trasie Łazienkowskiej, do którego w ubiegłe lato relokowano sekwoje z Placu Europejskiego. 

Po tegorocznych Świętach Wielkanocnych, 26 kwietnia oficjalnie otworzymy wrota dojo owocowego. Ale wpierw shifu Klajda musi wyprzedać zapasy mięsa na dalekiej placówce w Gorzowie. 😉

Adaś

P.S.: W okolicy topolowego dojo widywano ostatnio lokalnego demona pogody, poszukującego czarnego labradora w jasne plamy, który ćwiczącym yijinjing zadaje kontrolne pytanie. Jeśli odpowiedź nie jest satysfakcjonująca, oj… cichą klątwą może obłożyć. A wtedy wicher może zawiać i ludziom języki poplątać. Nie ma co ryzykować…😦

[nieoficjalny] powrót na Skrę

Oficjalny nie jest obecnie możliwy nawet gdyby Marek i reszta grupy wyraziła taką, wolę, jako że Ośrodek Sportowy „Wawelska” (tak to teraz się nazywa) jest otwarty tylko do zmierzchu. Nawet nie wiadomo czy chodzi o zmierzch cywilny, czy nautyczny ;]

Jest naprawdę przyjemnie, póki co, a z wydłużaniem się dnia i jego ocieplaniem będzie coraz przyjemniej. Dlatego zachęcam wszystkich kungfiarzy (taichi included) i innych martial artistów, żeby przychodzili ćwiczyć zanim opanują to miejsce psiarze ;[]

AA ćwiczą sobie qinnę

Peace!

Ngondeg

Rok Tygrysa: 虎-jowy czy przełomowy?

Zobaczy się ;]

Wszystkiego najlepszego! Do indonezyjskich kolan dodajcie jeszcze tygrysie serca i pazury [czyli qishi;]

Swoją drogą skonstatowaliśmy z Adasiem, że musiało upłynąć równo 12 lat byśmy mogli oglądać tygrysioroczne komunikaty na autobusowych monitorkach w Warszawie. Znak cywilizacji. Z drugiej strony mniej upłynąć nie mogło ;]

Ngondeg

„Czy mogę wyprowadzić poczet sztandarowy?”

(…) „Słowa te dobyły się z ust mężnego Sir Christopha, który głowę niejednego mistrza ściął bez mrugnięcia okiem. Na co Sir Richard o kolanach ze stali zreplikował, że wszak wyprowadza się sztandar, a nie poczet. Zadumali się tedy rycerze a dłonie ich złączyły podczas październikowej pełni A.D. 2021, by wysłużone bractwo rozwiązać.” („Legenda o Wojownikach Okrągłego Księżyca” – apokryf z XXI w.).

Tajne obrady kapituły


19 października Roku Wyzwolonej Pandy, gdy xiężyc dumnie odsłonił swe syte i blade oblicze na nieboskłonie, podjęliśmy zatem jednomyślnie decyzję o rozwiązaniu Polskiego Stowarzyszenia Sztuk Walki „Hongshi Fanzi”.
Był to dopiero pierwszy krok stowarzyszenia w kierunku cywilnoprawnej nicości. Czekało nas jeszcze trochę formalności, ale 14 stycznia 2022 r. stowarzyszenie oddaliło się bezpowrotnie do krainy pogrzebanych inicjatyw i niespełnionych nadziei. Niespełnionych, albowiem miało nam ułatwić wynajmowanie sali gimnastycznej na potrzeby treningów tudzież występowanie o wizę dla mistrza Hong Zhitiana. Ale okazało się, że wynajmować salę możemy, nawet nie mając stowarzyszenia (a z uwagi na wysokie ceny wszystkiego w okresie jesienno-zimowym praktykujemy w nie zawsze gościnnym plenerze Pola Mokotowskiego). Mistrza natomiast… chyba nieprędko będzie dane nam zaprosić i oglądać. 
Z drugiej strony stowarzyszenie dostarczyło nam porcję biurokracji przejawiającej się w konieczności zwoływania zebrań oraz mnożeniu sezonowych uchwał i protokołów. Dopełnienie procedur likwidacyjnych wymagało od jednego z likwidatorów kilkakrotnej wspinaczki na 11-ty poziom PeKiN-u (nomen omen).

Na szczęście tą fazę rozwoju mamy już za sobą. Szafa z dokumentami zamknęła się w trzaskiem a pieczęć bractwa została komisyjnie pogrzebana. 😉

W kwestii praktyki chuojiaofanzi na szczęście nic się nie zmienia- nadal będziemy terminować dwa razy w tygodniu pod czujnym, sowim okiem Sifu Klajdy. 😊


Adaś (likwidator)

Khut-chhek (屈膝)

Dla tych, co myśleli, że nasze ropusze skoki są zbyt demanding.. ;]

Ponieważ w tym roku nie składałem życzeń świątecznych, a jesteśmy już całkiem blisko chunjie, życzę wszystkim w tym roku woli silnej, jak indonezyjskie kolana. Ciężko powiedzieć „nieugiętej” -jak na to ponownie patrzę- ale na pewno niezłomnej 😉

Ngondeg

Akolici syberyjskiej szamanki

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie?

[Adam Mickiewicz „Dziady”- cz. II]

Ano będzie jesień, a potem zima, zapowiedziane przez nieubłagannego emisariusza o imieniu Ciemność. Ów wysłannik tych dwóch pór roku zdążył nam już zaleźć za skórę, że wczoraj wieczorem Sifu Klajda dał znak, byśmy oddalili się w kierunku światła, czyli na dojo jesienno-zimowe nieopodal ogrodzenia Biblioteki Narodowej. Nie napotkało to sprzeciwu w grupie- może i światło duchowe jest cenne, ale mało praktyczne. 😈 Tutaj „dziady” (i jedna baba) będą odprawiać w mroku pogańskie rytuały aż do wiosny. W sumie wpisujemy się po trochu i w ludowe wizje wspomnianego wieszcza, i w jakieś animistyczne kulty, skoro uprawiamy kult Sowy, mamy w grupie rysia i kota, a niekiedy odwiedza nas para farbowanych lisów. 😁

[dojo jesienno-zimowe o zmroku]

Skąd tytuł wpisu? Otóż Sifu Klajda podczas niedawnego warsztatu pracy z ruchem (oporu 😉 w Gruzji miał okazję praktykować pod okiem i skrzydłami… syberyjskiej szamanki. 😮 (Dla mnie brzmi egzotycznie, choć bardziej prawdopodobne, że w najbliższej dekadzie szczytem egzotyki będzie dla mnie praktyka sztuki zniewalania klienta u Wietnamek z Bakalarskiej 😉). Marek zaordynował nam jedno z ćwiczeń wspomnianej szamanki- jedna osoba zamyka oczy i kieruje uwagę do środka, a druga prowadzi ją powoli, zmieniając kierunki. Gdy przewodnik się zatrzymuje, osoba prowadzona otwiera oczy i bada swe odczucia. Może tak rodziły się podwaliny tuishou, kto wie? Osobiście raczej nie odnajduję się w tego typu ćwiczeniach- po prostu takie uwalnianie umysłu i obserwacja wnętrza raczej mnie nuży i przytłacza, zatem wolę praktyki bardziej angażujące somę niż psyche. Może kiedyś dojrzeję do tego typu ćwiczeń.

A tyczasem: żegnaj do maja dorodna Mirabell- obyś w przyszłym roku nakarmiła nas równie hojnie jak w tym! Nim wrócą dni długie i ciepłe wieczory porzucamy Cię tymczasowo dla niewzruszonej, powalonej topoli.

[Powyższe spisane pazurem kulawego kota]

red. Adaś

spełniają nasze marzenia

W głębi nasza dawna ścieżka.. Bliżej, po prawej, ruiny „Hiltona”. Obok, tam gdzie płyty leżą, też nam się zdarzało ćwiczyć. Zwłaszcza zimą. Chyba mają zamiar poprowadzić tamtędy dojazd na budowę. Dotąd nierozpoczętą [ukradli nam sezon letni] i mało komu potrzebną, zaznaczmy. Na dodatek droga prowadzić będzie przez ostatni zakątek [Zakątek Mariusza] gdzie można było spokojnie poćwiczyć.

it was nice while it lasted..

Parę drzew i trochę trawy, a tyle wspomnień.

Ngondeg